Witamy na naszej stronie!

Zapraszamy do oglądania i czytania pocztówek wysyłanych przez nas z różnych zakątków świata.

Nowy refluks >>> Rok po powrocie

>>> MAPA <<< >>> KALENDARZ <<<

 Po 961 dniach zakończyła się nasza podróż dookoła świata. 

 

Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

Ostatni filmik: 24 > Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

 

 

 

Mapa

Zaczęliśmy od odwiedzin znajomych w Finlandii, później była Rosja, Mongolia, Chiny, Indie..., Australia, Nowa Zelandia i Ameryka Południowa, Środkowa i Północna. Obecnie można nas spotkać gdzieś w Warszawie. Zobacz naszą trasę >>>

'Wprawki'

Nasze wspólne podróżowanie zaczęło się od Rumunii. Później była Turcja, Syria i Jordania oraz podróż poślubna na Kretę. Jak chcesz zobaczyć co tam porabialiśmy to zajrzyj tu  »»»

Filmiki

Czasami coś nakręcimy i zmontujemy. Jak dotychczas sylwestrowy hit "Ona tańczy dla mnie" podobał się najbardziej. Oczywiście w podróży 'zawsze' jest problem z wolnym czasem, więc teledyski pojawiają się z lekkim opóźnieniem. Filmiki umieszczamy na You Tube, a linki można znaleźć tu »»»

Księga Gości

Czytanie komentarzy pod zdjęciami i wpisów w księdze gości sprawia nam ogromną frajdę, więc nie krępujcie się! »»»

O nas

Oto co o sobie myślimy, a raczej myśleliśmy, jeszcze przed opuszczeniem ojczyzny i rozpoczęciem naszej podróży dookoła świata. Żona o mężu i mąż o żonie »»»

Kontakt

Wróciliśmy do Warszawy.
  • tel.: +48608853724

wzor

 

 
15-18 kwiecień 2013 (250-253 dzień)  

   19-29 kwiecień 2013 (254-264 dzień)

 30 kwiecień - 9 maj 2013 (265-274 dzień)  

   10-11 maj 2013 (275-276 dzień)

12-14 maj 2013 (277-279 dzień)
   

 

wroc1 wzor Dalej

 

12-14 maj 2013 roku (277-279 dzień) 

 

    A oto ostatnie fotki z nepalskiej stolicy, gdzie kontynuowaliśmy potrekkingowy relaks. Zmęczenie opadło, mięśnie się zregenerowały, a w głowie zaczęło świtać, że fajnie byłoby tu kiedyś wrócić i znowu pozadzierać głowę wypatrując ośnieżonych gigantów. A może kolejnym razem to już gdzieś wyżej się wdrapiemy?

wroc1 wzor dalej1

 

 

 Jak nie w Indiach to chociaż w Nepalu - sezon mango czas zacząć!
 Warto tu się pojawić na bal przebierańców.
 W zacisznej uliczce w Katmandu.
 Spokojnie, spokojnie, wszyscy się zmieszczą.
 Katmandu
 Trzech osiłków ledwo uniosło zabytkową ramę okienną.
 Mniej przyjazna wersja Koziołka Matołka?!
 Ciężko wagarować w takim stroju.
 Pakowanie, czyli Sława w swoim żywiole.
 No i to by było na tyle. Lecimy dalej.
 Ostatni widok na Himalaje.

 

wroc1 wzor dalej1

 

30 kwiecień - 9 maj 2013 roku (265-274 dzień)

 

    Tym oto sposobem przez ponad trzy tygodnie przeszliśmy po górkach i dołkach około 250 km. Środkowa część trekkingu wokół Annapurny oferuje sporo dodatkowych możliwości gwarantujących widoki i lepszą aklimatyzację, w tym przepiękne jezioro Tilicho położone na blisko 5000 m n.p.m. Taka wysokość oznacza, że musiał nas dopaść śnieg. Trzy kroczki po powierzchni i bach – zapadasz się do połowy uda. I tak przez godzinę, ale warto było.

    Zaliczyliśmy chyba wszystkie dodatkowe opcje i pewnie dzięki temu choroba wysokościowa nas oszczędziła i w przyzwoitej (Sława) i sportowej (Krzysiek) formie przekroczyliśmy najwyższy punkt programu, czyli przełęcz Thorung La (5416 m n.p.m.). Potem zostało już tylko schodzenie. Po drugiej stronie przełęczy klimat dużo suchszy i pył w powietrzu przez co ominęło nas trochę widoków. Spóźniliśmy się też na porę kwitnienia rododendronów. Schodzenie szybko nas znudziło, więc na koniec zafundowaliśmy sobie jeszcze podejście do Gorepani, czyli 2000 metrów pod górę. Niestety pogoda nie pozwoliła nam w całości ujrzeć górskiej panoramy z punktu widokowego Poon Hill i tylko na chwilę, jakby oderwana od ziemi i osadzona na warstwie chmur ukazywała nam się Dhaulagiri i Annapurna I. Niestety te 2000 metrów trzeba było teraz pokonać w dół po kamiennych stopniach. I ten dzień, który miał być lekki i niewymagający dał nam najbardziej w kość na całym trekkingu. Nasze łydki pamiętały go nawet gdy już sączyliśmy piwko w Pokharze.

wroc1 wzor dalej1

 

 

 Po raz pierwszy w życiu przekroczyliśmy 5000 m n.p.m. o własnych siłach.
 Zbliżamy się do jeziora.
 Z Anią i Alkiem nad jeziorem Tilicho (4990 m n.p.m.)
 Czorten nad jeziorem. Niestety nie dało się popływać...
 Ubaw był po pachy a śnieg po kolana.
 W drodze do głównego jeziora można wdepnąć w mniejsze bajorka, a zimowo-majową porą nawet pojeździć na łyżwach.
 A teraz pędem na dół wysuszyć buty.
 Tu jeszcze spokojny strumyczek.
 Nic tylko wrócić tu w styczniu i zjechać na sankach.
 Przez kilka minut nie było do śmiechu bo kamienie zlatywały z impetem z góry.
 Ktoś się ociąga.
 Kolejne stado "blue sheep".
 Księżycowe krajobrazy.
 Aklimatyzacja zakończona. Ruszamy w kierunku przełęczy.
 Podobno porter miał jakieś 40 kg na plecach (i głowie).
 Widok na dolinę.
 Jak mówi Babcia Krzysia: "Kto drogi skraca ten na noc do domu nie wraca!"
 Brzozowy gaj na zboczu.
 Jaki
 Wodospad
 Kryptoreklama (może w końcu dostrzegą i zasponsorują).
 W drodze do Thorung Phedi.
 Karawana mułów.
 Jaki w High Camp (4925 m n.p.m.).
 Na tych blisko 5 tys. metrów przyszło nam spędzić noc przed przekroczeniem przełęczy.
 Jadalnia w hotelu w High Camp.
 I nastał świt.
 Krajobrazy jak z innej planety.
 I gęsiego jeden za drugim w kierunku przełęczy.
 Po drodze herbatka (5100 m n.p.m.)
 I ruszamy dalej, jak muchy w smole.
 Khatungkang coraz bliżej (6484 m n.p.m.)
 Panorama na Syagang (6026 m n.p.m.)
 I dotarliśmy - Thorung La Pass (5416 m n.p.m.)
 Wszyscy się rozpisują o herbacie, że taka tu droga. Duża czekolada jak w normalnej knajpce w Warszawie (280 NRS = 11 zł).
 Znalazł się też miłośnik sportów ekstremalnych.
 No i jesteśmy po drugiej stronie.
 Gotowanie wody.
 W drodze do Muktinath.
 Świątynne dzwonki.
 108 źródeł wody w świątyni Wishnu Mandir.
 Wishnu Mandir
 Wejście na teren kompleksu świątynnego.
 Zachód słońca.
 W oddali Dhaulagiri - a my nocowaliśmy w Ranipauwa (3700 m n.p.m.)
 Wioska Johng na wzgórzu.
 Wioska Jhong.
 Plony będą obfite.
 Zrobiliśmy sobie kolejny spacer.
 W drodze do Kagbeni po stronie górnego Mustangu.
 Górny Mustang.
 Kozice
 Rozlewiska Kali Gandaki.
 Schodzimy do Kagbeni.
 Zielona oaza wśród pyłu i skał - Kagbeni (2800 m n.p.m.)
 Chusteczka cenzurą!
 Przez miasteczko przetaczała się co jakiś czas fala kóz.
 Kagbeni
 Widok na Kagbeni z łanów zboża.
 Ciekawe stare zabudowania.
 Gompa w Kagbeni.
 Gompa w Kagbeni.
 Widok z okna naszego pokoju na Nilgiri North (7061 m n.p.m.) i Central (6940 m n.p.m.)
 "Apartamą" w Kagbeni.
 W gompie w Kagbeni.
 W gompie w Kagbeni.
 Widok w kierunku Nilgiri.
 Rozlewiskami Kali Gandaki w kierunku Jomsom.
 Lotnisko w Jomsom.
 Skoczek spadochronowy.
 Mały Thalak z Syang.
 Znowu zaczęło się robić zielono.
 Zaległe urodzinowe toasty z Anią i Alkiem.
 A tym samolotem Kasia i jej Tata Krzysztof wracają do Pokhary (serdecznie pozdrawiamy!)
 Urokliwe uliczki w Marpha.
 Tędy na siódmą górę świata.
 Marpha
 Marpha
 Jabcok
 Ruszamy na dół.
 Rosa sericea i biały szczyt Dhaulagiri.
 Kali Gandaki
 Lodospad Dhaulagiri (8167 m n.p.m.)
 Jabłkożerca kapelusznikowy.
 Kali Gandaki
 Trochę luksusu - zestaw turystyczny.

 Po drugiej stronie przełęczy widoczność jest znacznie ograniczona ale od czasu do czasu dało się zauważyć dziesiąty szczyt świata

Annapurnę I (8091 m n.p.m.).

 Czas na żniwa.
 Wioska Kalopani (2530 m n.p.m.)
 Białe szczyty już gdzieś się pochowały.
 Zjazd po ścieżce.
 Pantera?
 Chcieliśmy zdąrzyć na kąpiel w ciepłych źródłach w Tatopani, więc podjechaliśmy autobusem z Ghasa.
 Tatopani
 Nocna kąpiel się udała a wczesną porą zrobiliśmy sobie spacer po wiosce.
 Kolejny dzień to wdrapywanie się blisko 2000 metrów do Ghorepani.
 Po drodze "poliglotyczne" knajpki.
 Młócka po nepalsku.
 Sjesta
 Trochę grzmiało i padało.
 Rododendron
 Ciekawa flora.
 Wschód słońca na Poon Hill.
 Można zabłądzić w drodze do toalety.
 W oczekiwaniu na głównych aktorów (w oddali Dhaulagiri).
 Sława i Annapurna South oraz Annapurna I.
 Panorama z Poon Hill.
 Wieża jak ze "Słonecznego Patrolu".
 Obowiązkowe zdjęcie.
 Było pod górkę 2 tysiące metrów to teraz trzeba zejść.
 To już pożegnanie z trekkingiem.
 Taksi nam się trochę popsuło w drodze do Pokhary. Kierowca miał jednak wszystkie niezbędne części ze sobą :)

 

wroc1 wzor dalej1

 

10-11 maj 2013 roku (275-276 dzień)

 

    W Pokharze zrobiliśmy sobie w końcu relaks. Przede wszystkim dogodziliśmy sobie kulinarnie. Po trzech tygodniach monotonnego jedzenia poszliśmy na całość. Rybka, ziemniaczki i Everest na dokładkę. No, ale ileż można odpoczywać. Następnego dnia wdrapaliśmy się oczywiście do Stupy Światowego Pokoju, żeby popatrzeć na Pokharę z góry. Stąd powinny być też widoczne ośnieżone szyty, ale najwidoczniej napatrzyliśmy się już na nie wystarczająco i ostatnie zerknięcie nie było nam dane. Pozostał nam już tylko powrót do Katmandu i wylot w siną dal…

wroc1 wzor dalej1

 

 Austriacko-polska kolacja w Pokharze.
Ostatni dzień dał się nam we znaki - czas na rozciąganie.
Nad jeziorem Phewa.
 Można sobie zrobić wycieczkę po jeziorze.
 Jezioro Phewa.
 Bawoły na spacerze.
 Przypomniało się dzieciństwo i gra w kapsle - mimimalna porażka Krzyśka w debiucie.
 Wodospad Devi.
 Na naszych oczach dziewczyna trafiła monetą w sam środek - co za szczęście!
 Widok na dolinę Pokhary.
 Stupa Światowego Pokoju.
 Stupa Światowego Pokoju.
 Jezioro Phewa ze wzgórza.
 Czas na chlebowo-serowo-pomidorowo-cebulową przekąskę.
 Czorten przy Międzynarodowym Muzeum Gór.
 Pamiątkowe zdjęcie z Sherpami.
 W muzeum.
 Widzieliśmy Yeti!
 Międzynarodowe Muzeum Gór.

 

wroc1 wzor dalej1

 

19-29 kwiecień 2013 roku (254-264 dzień)

 

    W końcu ruszamy na trekking. Pierwsze dni nie rozpieściły nas pogodą i jedyny widok, który nam towarzyszył to widok kropli deszczu spadających z naszych kapturów. Po trzech dniach dostaliśmy jednak nagrodę i prawie do samego końca świeciło nam słońce. Zdecydowaliśmy się na wędrówkę wokół Annapurny. Trasa jest bardzo skomercjalizowana. Wszędzie są hoteliki i knajpki. Nie odbiera jej to jednak piękna. Od momentu wdrapania się na prawie 3000 m n.p.m. długo nie opuszczał nas widok siedmio i ośmiotysięczników. Jedynie Annapurna I widoczna jest dopiero pod koniec trasy, gdzie o tej porze widoczność bywa słaba. Niestety tylko na chwilkę ukazała nam się spomiędzy chmur.

    A po drodze, poza widokami, spotyka się jeszcze ludzi. Tym o to sposobem przez prawie dwa tygodnie wędrowaliśmy z Anią i Alkiem – krajanami z Florydy, a na jednej z wycieczek aklimatyzacyjnych spotkaliśmy znowu … Konrada. Ania z Alkiem mieli trochę więcej czasu, więc w stanie błogiego relaksu zostawiliśmy ich w Marphie. A szkoda, bo potrekkingowe piwko w Pokharze smakowałoby o wiele lepiej…

    Poza chodzeniem wszystko kręci się wokół posiłków, a wśród nich króluje podstawa nepalskiej kuchni czyli dal bhat. Jak sama nazwa wskazuje dal bhat to dal, czyli zupka z soczewicy, bhat czyli ryż oraz to czego nazwa już nie wskazuje, tj. warzywa i papad (chrupiący wielki chips). Potrawa jest pyszna i jest jedyną pozycją w menu, której przysługują dokładki. „Dokładaliśmy” więc sobie codziennie, aż dal bhat stał się wyznacznikiem naszego czasu. Która godzina? W pół do dal bhata…

    Chłodny górski klimat nie oszczędza i moja druga połowa postarzała mi się w górach. Specjalnie na tę okazję przez dwa dni niosłam z piekarni po drodze słodką bułeczkę najbardziej przypominającą tort (czyli była okrągła i płaska) i tymże wypiekiem obeszliśmy „18-te” urodziny Krzyśka.

wroc1 wzor dalej1

 

 

 No i zaczynamy naszą rozłąkę z cywilizacją. Ruszamy w kierunku punktu początkowego naszego trekkingu - Besisahar.
 Widoki z busa.
 A tu widoki na busa.
 Bulbhule i pierwszy wiszący most przed nami.
 Tego dnia za wiele się nie nachodziliśmy. Po blisko pół godzinie, wystraszeni przez czarne chmury, znaleźliśmy pierwszy nocleg.
 Dzieci deszczu się nie bały! Zabawka zrobiona z płyty CD i patyka robi, jak widać, furrorę.
 Początek drogi trochę nas zawiódł, ale na szczęście tylko pierwszego dnia natknęliśmy się na ciężki sprzęt.
 Później czyhały na nas już inne niebezpieczeństwa.
 I z każdym kilometrem robiło się coraz przyjemniej.
 Postój u gościnnej krówki. Były wspominki, opowieści i pożegnalne uściski. A ponieważ deszcz przestał padać to ruszyliśmy dalej.
 Rzut oka na stadko nad rzeczką - chyba sztuki się zgadzają.
 Dwie zbłąkane owieczki - pamiętajcie nie róbcie sobie zdjęć na mostkach!
 Pod mostkiem można.
 Miejscowa zielarka (z przymrużeniem oka, oczu).
 Bogactwo flory.
 Z cyklu "gdzie jest Sława?!"
 Wodospady wymuszały na nas postoje. Jak się tak patrzy i patrzy na lecącą wodę...
 Drugi nocleg w Chyamche (1430 m n.p.m.).
 Kolejny dzień i kolejne opady deszczu. Trochę zaczęliśmy się niepkoić.
 Rzeka Marsyangdi Nagi w pobliżu wioski Tal.
 Przerwa na herbatkę w skalnej wnęce. Znowu pada...
 Mostek dla wielbicieli mocnych wrażeń.
 Młynki modlitwene w Danakyu (2300 m n.p.m.), czyli czas na kolejny nocleg.
 Danakyu.
 Obwarzankowe racuchy.
 Znowu nie zapowiadało się na piękną pogodę.
 Codziennie wkraczaliśmy w inny świat flory.
 W drodze spotkaliśmy siwka na trampolinie. (A skoro mowa o Siwkach to pozdrowienia dla Szanownych Państwa).
 Zielono
 No i dotarliśmy do Chame (2670 m n.p.m.).
 Po czterdziestym ósmym kręceniu.
 W wiosce trwało w najlepsze kilkudniowe święto.
 Po długiej debacie przy tarczy...
 ... i zastraszaniu bezstronnych widzów...
 Wyłoniono zwycięzcę! Gratulujemy!!
 Po zawodach łuczniczych przyszedł czas na relaks w mini gorących źródłach.
 Niesamowite głazy w rzece.
 Świątynnie i księżycowo.
 Widok z okna o poranku. Pogoda piękna i pierwsza wielka góra - Annapurna II (7937 m n.p.m.).
 Od tej pory aura nam sprzyjała. Pierwszy dzień z wielkimi górami.
 Wiosna!
 Wyżej, coraz wyżej.
 Z jednej strony rzeki na drugą.
 Niesamowity lodospad.
 Nasi tu byli! Szlak dookoła Annapurny jest oznakowany jak trzeba.
 Drewniany most przez rzekę Marsyangdi Nadi.
 Za Chame nie ma już ruchu samochodowego. Od tej wioski prym wiodą i produkty niosą głównie muły.
 Zbliżamy się do największego "amfiteatru" świata.
 A oto i on - płyty Oble Dome (Swargadwari Danda).
 I dalej doliną rzeki Marsyangdi Nadi.
 Pogoda sprzyja a widoki z każdym krokiem piękniejsze.
 Całkiem udane zdjęcie z ręki.
 Wdrapaliśmy się do wioski Upper Pisang (3300 m n.p.m.). Nie tylko my się zmęczyliśmy.
 Gompa w Upper Pisang. 
Annapurna II nocą...
 ... i dniem.
 W dole wieś Upper Pisang.
 A my mamy Annapurne II na wyciągnięcie ręki!
 Widok na dolinę - najbardziej widoczne jest lotnisko w Humde.
 Dotarliśmy do Pisang Base Camp (4600 m n.p.m.). Dzień aklimatyzacyjny zaliczony. Natomiast egzamin z ekologii katastrofalnie oblany przez turystów.
Oxytropis cachemiriana - lubi sobie rosnąć powyżej 3000 m n.p.m.
 Nasza klitka w hostelu w Upper Pisang.
 Czorteny w pobliżu Ghyaru.
 Jak tu nie kochać gór?!
 Pozostałości po twierdzy.
 Szyszkowo
 Pod tą bramą się nie przejdzie.
 Opalanko z Anią i Alkiem.
 To był baaardzo długi dzień.
 Na szczęście mieliśmy psa przewodnika.
 Oryginalne formacje skalne.
 Niestety jak się nie ma muła to trzeba wszystko targać własnymi siłami.
 Manang (3540 m n.p.m.)
 Jeziorko u podnóża Gangapurny (7454 m n.p.m.).
 Pasmo Himalajów.
 Gangapurna, lodowiec i my.
 Annapurna III (7555 m n.p.m.)
Widok na dolinę w kierunku Manaslu (8156 m n.p.m.)
 Widok na wioskę Braga (3360 m n.p.m.)
 W drodze nad jezioro Kicho (Ice Lake) można się natknąć na dziką zwierzynę.
 Pierwsze z jeziorek wcale nie było zamarznięte.
 Polska ekipa nad Ice Lake (4800 m n.p.m.) > od lewej > Michał, Konrad, Krzysiek, Ania, Sława i Alek.
 Konrad... To już nasze trzecie spotkanie!
 Dobrze, że lawiny nie wywołaliśmy tymi wybrykami.
 Drugi etap aklimatyzacyjny zaliczony!
 A przed nami trzecia próba wytrzymałości naszych organizmów. W drodze nad jezioro Tilicho.
 Czas do szkoły!
 I nagle roślinność znika...
 I przed nami kolejne giganty.
 Obóz w pobliżu Shree Kharka.
 Młynki modlitewne przy gompie.
 Śliczna pogoda i zasłużony wypoczynek w Shree Kharka.
 Publiczne pranie brudów - w tym przypadku były to gacie Alka.
 Ponieważ szliśmy spać tuż po zachodzie słońca i Dal Bhacie (zazwyczaj około godz. 20) to budziliśmy się ciut świt.
 Urodziny! To ci niespodzianka ciastkowo-czekoladowa!!
 "Oddaj mi proszę to jajo!"
 Wybryki jubilata.
 Ruszamy w kierunku najwyżej położonego na świecie jeziora.
 Zakręcona
 W drodze do jeziora Tilicho.
 Niebezpieczny fragment z osuwiskami.
 Kamienie spadają z ogromną prędkością.
 Tilicho Base Camp (4150 m n.p.m.) i najfajniesza jadalnia na całej trasie.

 

wroc1 wzor dalej1

 

Ostatnio dodane:

Tu jesteśmy

Showcases

Background Image

Header Color

:

Content Color

:

Our website is protected by DMC Firewall!