Witamy na naszej stronie!

Zapraszamy do oglądania i czytania pocztówek wysyłanych przez nas z różnych zakątków świata.

Nowy refluks >>> Rok po powrocie

>>> MAPA <<< >>> KALENDARZ <<<

 Po 961 dniach zakończyła się nasza podróż dookoła świata. 

 

Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

Ostatni filmik: 24 > Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

 

 

 

Mapa

Zaczęliśmy od odwiedzin znajomych w Finlandii, później była Rosja, Mongolia, Chiny, Indie..., Australia, Nowa Zelandia i Ameryka Południowa, Środkowa i Północna. Obecnie można nas spotkać gdzieś w Warszawie. Zobacz naszą trasę >>>

'Wprawki'

Nasze wspólne podróżowanie zaczęło się od Rumunii. Później była Turcja, Syria i Jordania oraz podróż poślubna na Kretę. Jak chcesz zobaczyć co tam porabialiśmy to zajrzyj tu  »»»

Filmiki

Czasami coś nakręcimy i zmontujemy. Jak dotychczas sylwestrowy hit "Ona tańczy dla mnie" podobał się najbardziej. Oczywiście w podróży 'zawsze' jest problem z wolnym czasem, więc teledyski pojawiają się z lekkim opóźnieniem. Filmiki umieszczamy na You Tube, a linki można znaleźć tu »»»

Księga Gości

Czytanie komentarzy pod zdjęciami i wpisów w księdze gości sprawia nam ogromną frajdę, więc nie krępujcie się! »»»

O nas

Oto co o sobie myślimy, a raczej myśleliśmy, jeszcze przed opuszczeniem ojczyzny i rozpoczęciem naszej podróży dookoła świata. Żona o mężu i mąż o żonie »»»

Kontakt

Wróciliśmy do Warszawy.
  • tel.: +48608853724

2-3 marzec 2015 roku (935-936 dzień)

... czyli ruiny, cwaniaczki i polska plebania

Tikal

O ile pierwsza przejażdżka autobusem całkiem sprawnie nam poszła dojazd do Flores, skąd chcemy się udać do majańskich ruin Tikal, już nam się wlecze. Do tego trafiamy na cwaniaków. Dowożą wszystkich o niecały kilometr od celu i każą zmieniać autobus. Pytamy po co skoro za 2 minuty będą na miejscu. Główny cwaniaczek udaje, że ma chore gardło i nie może głośno mówić. Charczy coś obrzydliwie i to ma chyba wzruszyć turystów i powstrzymać przed zadawaniem pytań. Nas nie urzekła jego historia i burzymy się, że marnują nasz czas. Głupio robimy, że kłócimy się po hiszpańsku, bo okazuje się, że w tej akurat grupie ludzie po hiszpańsku nie mówią. Cwaniaczek po hiszpańsku nas obraża, a następnie przerzuca się na angielski i płaczliwym charczeniem skarży się jacy to z nas źli ludzie, a on taki biedny i chory. Po jakiemu by nie mówił jesteśmy jedynymi, którym to przeszkadza. Reszta posłusznie przerzuca bagaże, biegnie do bankomatu z asystą cwaniaczka, bo udzielił właśnie porady, że na wyspie bankomatu może nie być i jak gdyby nigdy nic wsiada do drugiego autobusu. I to jest jedna z tych rzeczy, której nie nauczyliśmy się w podróży. Nie wiem czy to turystyczne zen, wyższy poziom olewki czy też zupełne niezorientowanie, ale my jakoś nie potrafimy być obojętni gdy ktoś nas naciąga, oszukuje i robi z nas głupków. A czasami chcielibyśmy tak umieć. Nawet nie drgnąć w reakcji. Zlekceważyć, wzruszyć ramionami i zachować spokój. To pewnie trochę wina motorów, które skutecznie chroniły nas przed wieloma takimi sytuacjami. Może w następnej podróży się nauczymy.

W końcu dowożą nas na wyspę, a że ma ona jakiś kilometr średnicy wyskakujemy na pierwszym przystanku, żeby uniknąć dalszego ciągania i naciągania. Wieczorkiem wyskakujemy na ląd na zakupy spotykając popijającego piwko kierowcę, który rzekomo miał jechać z powrotem do Lanquin i dlatego zmiana autobusów była konieczna.

A w sklepie przy awokado głośno zastanawiamy się czy to na sztuki czy na libry a tu po polsku ktoś nam z boku podpowiada, że na libry. Okazało się, że to ksiądz Wiesław, proboszcz tutejszej parafii. Zaprasza nas na następny dzień na kawkę. Przed kawką trzeba jednak zwiedzić to po co głównie w te okolice przyjechaliśmy, czyli Tikal.

Tikal to faktycznie imponujące ruiny. Ogromny teren, mnóstwo świątyń. Z reguły jednak podoba się bardziej to co widzimy jako pierwsze i co do czego nie mamy żadnych oczekiwań (no chyba , że mówimy o piosenkach „No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”, prawda?). Oczywiście to dotyczy tylko samopoczucia, a nie tego jakie te ruiny faktycznie są. Gdybyśmy Tikal zobaczyli jako pierwsze prawdopodobnie mniejsze wrażenie zrobiłoby na nas Copan.

No to lecimy na proszoną kawkę. Kupujemy słodkie bułeczki i ruszamy na plebanię. Fajnie się gada, a potem jeszcze ksiądz oferuje nam podwózkę na bazarek. Gadało się może i po polsku, ale po kilku latach w Gwatemali ksiądz Wiesław prowadzi już zdecydowanie po latynosku.

Flores i Tikal to znowu krótki przystanek. Wieczorem zaliczamy jeszcze trochę gwatemalskich smakołyków i z rana ruszamy do Czarnej D… Wróć! … do Niebieskiej Dziury.

wroc1 wzor dalej1
Tikal
Oswajamy się z podróżowaniem turystycznym szlakiem.
Tikal
 Flores - stare miasto usytuowane jest na wyspie nad jeziorem Peten Itza.
Tikal
 Zachód słońca to punkt obowiązkowy. W czasach prekolumbijskich na wyspie znajdowało się miasto Majów -  Nojpetén.
Tikal
 Szykujemy się na poranny spacer po Tikál.
Tikal
 Wybraliśmy opcję wczesnoporanną bo nie zamierzaliśmy płacić podwójnie za oglądanie wschodu słońca.
Tikal
 Krokodyle śmieci nie jedzą!
Tikal
 Tikál to jedno z najważniejszych miast Majów.
Tikal
 Awokado czy papugi?
Tikal
 Nasz przewodnik to prawdziwy szołmen - tu drażnił się z tarantulą.
Tikal
 Wśród parawanów fikusa.
Tikal
 Ukryte w dżungli ruiny zostały odkryte dopiero pod koniec XVII wieku. A w niewyjaśnionych okolicznościach Tikál zostało opuszczone w IX wieku.
Tikal
W 1979 roku Tikál zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Tikal
 Przechadzając się po piramidzie schodkowej.
Tikal
Tikál
Tikal
 Ruchomy orzeszek ziemny.
Tikal
 W cztery oczy z robalem.
Tikal
 Las deszczowy ukrywa kilka świątyń.
Tikal
Wykopaliska archeologiczne rozpoczęto już XIX wieku. Badania pozwoliły na odkrycie sześciu wysokich piramid schodkowych z wzniesionymi na nich świątyniami i innych grup budowli połączonych ze sobą drogami procesyjnymi.
Tikal
 Świątynia Wielkiego Jaguara - 46 metrów.
Tikal
 Ogromna maska w Świątyni 33.
Tikal
 Oderwaliśmy się od grupy coby pozwiedzać po swojemu.
Tikal
 Tikál
Tikal
 Wielki Plac
Tikal
 Tikál
Tikal
 Ostronosy zadzierają kity.
Tikal
 Tikál
Tikal
 Odważna turystka z Bolandy!
Tikal
 Wspinaczka na Templo de las Mascaras (II).
Tikal
 Ze świątynią Wielkiego Jaguara w tle.
Tikal
 Tikál
Tikal
 Acropolis Norte
Tikal
 Tikál
Tikal
Ukryta wśród lasu tropikalnego Świątynia V.
Tikal
 Świątynia V
Tikal
 Tikál
Tikal
 Mundo Perdido i Świątynia Wielkiego Kapłana.
Tikal
 Gdzieniegdzie wystają świątynie.
Tikal
 Widok ze Świątyni Dwugłowego Węża (IV). To najwyższa budowla w Tikal - 65 metrów.
Tikal
 To pierwszy raz kiedy widzieliśmy czepiaki. Małpy te charakteryzują się smukłą sylwetką przystosowaną do szybkiego przemieszczania się pomiędzy konarami drzew. Wykorzystują również długi, chwytny ogon do przytrzymywania się gałęzi.
Tikal
 Bułki jeszcze gorące, prosto z piekarni, więc ruszamy na plebanię.
Tikal
 U księdza Wiesława w gościnie! Pozdrawiamy serdecznie!
Tikal
 Z wizytą w Santa Elena.
Tikal
 Wszędzie pięknie wyglądające torty. Niestety smak pozostawia sporo do życzenia.
Tikal
 Nad jeziorem Peten Itza.
Tikal
 Nad jeziorem Peten Itza.
Tikal
 Nad jeziorem Peten Itza.
Tikal
 Droga na wyspę Flores.
Tikal
 Most łączący Flores z Santa Elena.
 

Garść praktyczna:

> Tikál - wejście na wschód słońca 300 QZL, później 150 QZL, przewodnik i transport 100 QZL;

> Hotel Aurora - pokój 2os./łazienka/wifi/TV - 125 QZL.

 

wroc1 wzor dalej1

28 luty – 1 marzec 2015 roku (933-934 dzień)

... czyli szaleństwa w tropikalnym lesie

Semuc

Coraz bardziej nam się ta Gwatemala podoba mimo, że od tej chwili przyjdzie nam korzystać z publicznych środków transportu. Oczywiście przypomniało nam się, że godziny podróży są zawsze zaniżone, autobus przyjeżdża spóźniony, a postoje są w miejscach gdzie nie ma niczego porządnego do zjedzenia. Do Semuc Champey docieramy w nocy. Współpasażerki w busie uświadamiają nas, że tuż przy wejściu do parku jest fajna miejscówka do spania. W dodatku okazuje się, że wysyłają darmowy transport po turystów do Lanquin, gdzie trasę kończy autobus. Chociaż ciemno i niewiele widać to pierwszy moment, kiedy zatęskniliśmy za motorami. Droga kręta, pod górę, może nawet jakaś wywrotka by się wydarzyła, ale to trasa jakie lubimy. Oj, smutno, smutno.

Na miejscu mamy mały problem z noclegiem bo nie ma za bardzo miejsc. Zostały tylko drogie domki z łazienką, a my nie zrobiliśmy żadnej rezerwacji. Dziewczyny rezerwację zrobiły, ale jakoś nie dotarła do kogo trzeba, więc one, i przy okazji my, w ramach rekompensaty dostajemy super domek w niższej cenie. Miejsce okazuje się rzeczywiście bardzo przyjemne. Natura, w nocy wyłączają generator, całkiem dobre jedzenie.

Kolejnego dnia fundujemy sobie zestaw atrakcji. Z góry płacimy za wejścia do parku, jaskini, decydujemy się na tubing, którego nigdy nie próbowaliśmy, a pensjonat dorzuca jeszcze przewodnika w cenie. Dzień zaczął się mgliście i deszczowo, więc początkowo widoku nie było. Chmury rozstąpiły się jednak na tyle by ujrzeć przepiękne wapienne tarasy z turkusową wodą. Najfajniej było jednak na dole, gdzie można sobie popływać w orzeźwiającej wodzie. Było to też jeden z nielicznych wypadków, kiedy obecność przewodnika okazała się atutem. Zebrał chętnych i zaprowadził nas do Jaskini Miłości. W tym celu trzeba było przespacerować się w dół i skoczyć do wody z kilku tarasów. Wejście do jaskini jest ukryte bo trzeba zanurzyć się i wpłynąć pod jeden z tarasów. Jest tam wąska przestrzeń między wodą a skała, gdzie akurat mieści się głowa. Miejscami głowa się nie mieści i trzeba ją schować pod wodę. Domyślamy się, że pod wodą idzie się tylko kawałeczek, ale zawsze jest ta nutka niepewności czy oby na pewno.

A po obiedzie poszliśmy do jaskini. Tam wchodzi się już z innym przewodnikiem i ze świeczką. Zdjęć ze środka nie ma bo nasz aparat wody nie lubi. To jedno z takich miejsc, gdzie wiesz, że gdyby znajdowało się w Europie wyposażono by wszystkich w kaski, kapoki, pianki i buty, a nad wszystkim czuwałoby kilku przewodników. Tutaj wchodzi się z młodymi chłopaczkami, trzeba przepływać ze świeczką w ręku, wdrapywać się po linach i drabinkach i skakać wąską szczeliną do wody. Zabawa przednia. Jakoś nam jednak umknęło, że warto do jaskini założyć chociaż skarpetki. Cała grupa wlazła tam po prostu w adidasach. My za to poobdzieraliśmy sobie bose stopy i tak już skatowane spacerem gliniasto-kamienistą ścieżką. Na końcu jaskini najodważniejsi mogli sobie skoczyć z kilku metrów do małego jeziorka. Zbyt głębokie nie było bo co niektórzy odbili się od dna. W ramach dbałości o bezpieczeństwo nie namawiali przynajmniej do skoków na główkę.

Ostatnia część wycieczki, czyli tubing, to już typowa zapchajdziura. Wsadzili nas do nadmuchanych opon i kazali zamoczyć tyłki w lodowatej wodzie. Ponieważ pod koniec spływu rzeka zaczyna być bardziej wzburzona kazali nam trzymać się za nogi i takim pociągiem spływać w dół rzeki. Prowadzący nie zawsze dobrze pokierował wycieczką dzięki czemu dodatkową atrakcją było tarcie tyłkiem po skałach. Tej atrakcji bliżej doświadczył Krzysiek.

Jakby naszym bosym stopom było mało z tubingu trzeba wrócić na piechotę znowu gliniasto-kamienistą ścieżką. W klapkach nogi zostawały w błocie, a po wyciągnięciu ważyły kilka kilogramów więcej, a bez klapek każdy krok to dodatkowa porcja akupunktury. Krzyśkowe klapy w tych właśnie okolicznościach przyrody postanowiły dokonać żywota. Pełen atrakcji dzień zakończyliśmy dość pospolicie czyli kolacją.

wroc1 wzor dalej1

 

Semuc
 Komu? Komu? Bo jadę do domu!
Semuc
 Gdzie się podziały nasze ścigacze?
Semuc
 To co najsmaczniejsze w Ameryce Środkowej. Przycupniemy i poczekamy aż dojrzeje.
Semuc
 Trafiliśmy do raju.
Semuc
 Małoletni samobójcy.
Semuc
 Kakaowy szał.
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Gdzie rzeka ukryta jest w górach tam i my.
Semuc
Gdzieś w lesie tropikalnym ukrywają się tarasy wapienne.
Semuc
 Pogoda nie rozpieszcza.
Semuc
 Naturalne baseny nad rzeką Cahabón.
Semuc
 Na chwilę rozstąpiła się mgła.
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Kosmita
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Czas na kąpiel.
Semuc
 Aparat zostaje na brzegu a my do wody!
Semuc
 Słoneczny patrol?
Semuc
 Turkusowa woda to idealne warunki na pluskanko.
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Gdzieś w pobliżu wpływaliśmy do jaskini miłości.
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Znowu kakao.
Semuc
 Rzeczka u stóp naszego domku.
Semuc
 Semuc Champey
Semuc
 Semuc Champey
 

Garść praktyczna:

Hostal El Portal de Champey - tuż przy wejściu do Semuc Champey od 100 QZL za os.; restauracja na miejscu; transfer darmowy z Lanquin;

> na miejscu można zorganizować wszystkie atrakcje (z przewodnikiem): jaskinie, wejście do Semuc, tubing - 150 QZL za os. za wszystko.

 
wroc1 wzor dalej1

wzor

   
 

16-20 luty 2015 roku (921-925 dzień)

... czyli szukając nowego domku dla rumaków znajdujemy swoje miejsce na ziemi
Antigua

Atitlan  

21-27 luty 2015 roku (926-932 dzień)

… czyli ostatnia przejażdżka wśród wulkanów
  
 
 

28 luty – 1 marzec 2015 roku (933-934 dzień)

... czyli szaleństwa w tropikalnym lesie

Semuc

Tikal

2-3 marzec 2015 roku (935-936 dzień)

... czyli ruiny, cwaniaczki i polska plebania
   
wroc1 wzor Dalej

21-27 luty 2015 roku (926-932 dzień)

… czyli ostatnia przejażdżka wśród wulkanów

Atitlan

Trzeba sobie zrobić przerwę od interesów i po raz ostatni zasiąść na naszych maszynach. Robimy sobie krótki weekend za miastem – w końcu szukanie kupca to prawie jak praca na etacie. Wyjazd krótki ale owocny we wrażenia jakich dawno nie mieliśmy. Zaczynamy od Jeziora Atitlan wokół którego położonych jest kilkanaście wioseczek. Wioseczki zdają się być tematyczne. Jedne bardziej turystyczne, inne mniej. Ponieważ znowu nie zadaliśmy sobie trudu poczytania gdzie warto się udać trochę przypadkiem trafiamy do wioski miłośników New Age. Można tu pomedytować, obłożyć się magicznymi kamieniami, aurę oczyścić. My ograniczyliśmy się do browarków w litrowych butlach i spożycia ich na jedynym publicznym pomoście, do którego co chwilę przypływały łódki, a wsiadający i wysiadający pasażerowie co i raz trącali nas tam i ówdzie.

Nad Atitlan na pewno można znaleźć fajne miejsce i coś dla siebie. Zrelaksować się, hiszpańskiego pouczyć czy poimprezować. Nam się jednak trochę spieszyło, więc nie daliśmy za bardzo temu pięknemu jezioru szansy.

Za to druga część wycieczki spowodowała, że uwierzyliśmy, że jeszcze nie jesteśmy straceni, że jeszcze coś może zachwycić nas tak, że uśmiech przez długi czas nie schodził nam z pysków (ostatnio opcja „zniechęcona maruda” włączała nam się dość często). Mowa o wulkanie Acatenango, z którego można poobserwować położony nieopodal Volcan de Fuego, który cały czas eksploduje wypuszczając kłęby popiołu. Optymistycznie wymyśliliśmy, że wybierzemy się tam w nocy, żeby obejrzeć wschód słońca. Dojechaliśmy do wioseczki La Soledad pod wulkanem. Tam wynajęliśmy lokalnego przewodnika i u jego rodzinki załatwiliśmy sobie nocleg (przy okazji dziękujemy Magdzie i Michałowi z www.pelikanochomik.com za podpowiedzi, szczególnie co do czapek:) ). Świetnie trafiliśmy bo akurat w niedzielę gospodyni przyrządzała jedzenie dla wioski. Objedliśmy się pysznościami za grosiki, a że o północy mieliśmy wyruszyć, poszliśmy wcześnie spać.

Nawet w nocy mieliśmy przepiękne widoki na rozświetlone w dole wioski. Wspinaczka na ten wulkan to jednak nie niedzielny spacer. Trochę ostatnio odzwyczailiśmy się od wysokości. W dodatku było tak przeraźliwie zimno, że nie czułam rąk i nóg. To wszystko razem sprawiło, że dopadł mnie kryzys jak nigdy. Szłam i płakałam, że mi zimno i że po co ja to robię i dlaczego nie ma jeszcze krateru, a miał być już za tymi kamieniami. Coś takiego jeszcze mnie nie spotkało. Oprzytomniałam trochę jak zobojętniała potknęłam się i zsunęłam po zboczu. Na szczęście chłopaki złapali mnie za kaptur bo chyba z powrotem już bym nie weszła. Luis, nasz przewodnik, nazbierał po drodze drewna i motywował nas kawą, którą mieliśmy wypić na górze. W końcu dotarliśmy. Wiało straszliwie, co z brakiem tlenu skutecznie uniemożliwiło rozpalenie ogniska. Nici z kawy i ogrzania się. Do wschodu słońca jeszcze trochę czasu więc czekaliśmy od mniej wietrznej strony. W końcu zaczęło się i to był najpiękniejszy widok od bardzo, bardzo dawna. Różowo-fioletowe światło, stożkowy Wulkan Wody i pierzyna z chmur, a potem pierwsze promienie słońca. Coś niesamowitego. Zdjęcia nawet w połowie nie oddały tego piękna, tym bardziej, że od zimna bateria postanowiła poudawać w tym właśnie momencie, że się wyczerpała. Strasznie chciało mi się śmiać z mojego wcześniejszego kryzysu bo widok wynagrodził mi cały wysiłek i każdy zmarznięty na kość palec. Obeszliśmy jeszcze krater i w końcu roześmiani od ucha do ucha zeszliśmy na dół podziwiając to co w nocy było niewidoczne. Zejście okazało się bardziej zjazdem bo nasze starte buty w ogóle nie trzymały nas na piachu i wulkanowym żużelku. Jeszcze tego samego dnia zmęczeni i czarni od popiołu wróciliśmy do Antigua.

Pierwsze podejście do sprzedaży było, odpoczynek po tejże próbie też, więc nadszedł czas, żeby na poważnie zająć się sprzedażą. Gwatemala to ostanie miejsce, żeby to zrobić. W Belize wbijają podobno motor do paszportu, a w Meksyku trzeba zapłacić 400 dolarów depozytu. Zainteresowanych niby jest sporo. Wydzwaniali do nas nawet w czasie wolnym od pracy, zaczepiali widząc przyklejone do motocykli ogłoszenia. Ciągle jednak nie chciał się pojawić upragniony turysta, który zabrałby nasze dzieciątka w powrotną podróż do domu. Nie pozostało nam nic innego jak sprzedać motor taniej Gwatemalczykowi. Ci natomiast choć bardzo entuzjastyczni opanowywali się trochę, gdy dochodziło do płacenia. W końcu, gdy pan określający się bardzo poważnym biznesmenem nie przyjechał na umówioną godzinę, zdecydowaliśmy się na Carlosa, czyli pierwszą osobę, z którą w ogóle rozmawialiśmy o cenie. Wtedy wspominał, że mógłby wziąć jeden motor, a potem, że dwa ale dużo taniej. Zajrzeliśmy do niego jeszcze raz i dopiero wtedy dopatrzył się, że to 150-ki a nie jakieś marne 125-ki. Ponegocjowaliśmy jeszcze cenę, dorzuciliśmy kaski, wzięliśmy zaliczkę i zostawiliśmy Negro jako zabezpieczenie. Prawie już świętujący odbieramy telefon, że Carlos nie będzie miał na rano reszty pieniędzy, że będą dopiero pojutrze. Negro w jasyrze, czyżbyśmy opylili motor za zaliczkę? Nie, no przecież wszystkie dokumenty są u nas. Bank na szczęście wypłacił pieniądze po południu. Biegniemy do prawnika, a ten robi problemy (oj, ci prawnicy). Nie chce sporządzić umowy i odsyła nas do urzędu celnego. Zaczynamy się bać, że będziemy musieli porzucić gdzieś motory. Z samego rana ruszamy jednak do Gwatemali do agencji celnej, tam podpisujemy jeden papierek, Carlos wręcza nam kasę i nawet odwozi nas pod hotel, żeby ktoś nas po drodze nie napadł. Oczywiście w ostatnim momencie lekko zmieszany stwierdził, że on nie chce kupić motorów na siebie, żeby nie płacić za rejestrację, więc jakbyśmy tak in blanco podpisali. Absolutnie się nie zgadzamy. W końcu podpisujemy dokument z miejscem na nazwisko nowego kupca. Do tej pory nie wiemy kto ostatecznie kupił nasze motory. Nie wiemy też czy możemy wrócić do Gwatemali czy też każą płacić nam cło. Dla bezpieczeństwa przez jakiś czas po prostu nie będziemy tam jeździć.

Po tych wszystkich perypetiach poczuliśmy nawet ulgę. Szybko jednak zatęsknimy do niezależności i swobody jaką dawały nam motocykle. Jest jednak plan, żeby ku chwale dzielnych maszyn pieniądze ze sprzedaży dobrze wydać. A na pamiątkę zostawiliśmy sobie blachy.

wroc1 wzor dalej1
Atitlan
Na chwilę opuszczamy Antigua. Na obiedzie przy ratuszu w Sololá.
Atitlan
Wolny weekend czas zacząć. Pierwszy widok na Jezioro Atitlan.
Atitlan
A tu już na łódce w stronę jednej z nadjeziornych wiosek. Ta strona trochę mniej urocza.
Atitlan
 Ruszamy w nieznane.
Atitlan
 Nasz kapitan!
Atitlan
Architekt krajobrazu dał trochę ciała z tymi wieżowcami.
Atitlan
 Taki styl bardziej pasuje do okolicy.
Atitlan
 Nawet w czasie wolnego weekendu dręczą nas telefonami. Po takim czasie nieużywania telefonu to dość męczące zajęcie, szczególnie, że oferty nas nie zachwycają.
Atitlan
 Santa Cruz
Atitlan
 Santa Cruz
Atitlan
 Zdecydowaliśmy się zostać w San Marcos La Laguna.
Atitlan
San Marcos 
Atitlan
 Lądujemy w wiosce dla miłośników New Age.
Atitlan
 Kolega był chyba na jakimś obrzędzie szamańskim sądząc po makijażu.
Atitlan
 Jezioro Atitlan
Atitlan
 Wieczorem mieszkanki wioski wystawiały małe kramiki z pysznym jedzeniem.
Atitlan
A po kolacji na trawienie...
Atitlan
 Duch na pomoście.
Atitlan
 Takiego zdjęcia nie może zabraknąć w relacji znad Jeziora Atitlan. Pomosty to znak rozpoznawczy tego miejsca.
Atitlan
 Romantyczny wioślarz o wschodzie słońca.
Atitlan
Powiosłował w siną dal.
Atitlan
A my ruszyliśmy na targ w Chichicastenango.
Atitlan
 Świeże mięsko.
Atitlan
Najbardziej urokliwe miejsce. Kościół znajduje się na terenie targowiska i trafiliśmy tu akurat w środę popielcową. Klimat kojarzył nam się bardziej z hinduskimi świątyniami niż z katolickim kościołem.
Atitlan
 Z mamunią na wycieczce.
Atitlan
Wszędzie czuć było kadzidło, w kościele panował półmrok. Niesamowite wrażenie.
Atitlan
 A tu panowie w spódniczkach zbierają na tacę.
Atitlan
 To chyba najlepszy handlarz w miasteczku. Dziewczyny ustawiały się do niego w kolejce.
Atitlan
Środa popielcowa po gwatemalsku.
Atitlan
 Zajrzeliśmy tu dla wnętrz. Wycieczki przyjeżdżają tu na wypasiony obiad.
Atitlan
 No co, w czachę mi grzeje na słońcu!
Atitlan
Jedziemy do La Soledad, by stamtąd wspiąć się na wulkan Acatenango.
Atitlan
Zamieszkujemy z rodzinką naszego przewodnika. Motory trzeba było częściowo znieść dróżką po lewej.
Atitlan
 W nocy ruszamy z Luisem.
Atitlan
 A wieczorkiem robimy sobie spacer po wiosce.
Atitlan
 Dzieciaki zawsze zainteresowane przybyszami.
Atitlan
 Na granicy chmur.
Atitlan
Nie mogliśmy się połapać które dzieciątko jest czyje. W każdym razie wszystkie z rodziny Luisa.
Atitlan
 Zachód słońca.
Atitlan
Wyruszamy o północy.
Atitlan
Są znaki, może jakoś trafimy.
Atitlan
Niesamowity widok na rozświetlone wioski.
Atitlan
Czekamy na wchód słońca. To jest właśnie moment kiedy zawiódł aparat, ale zdjęcia i tak nie oddałyby bajkowego widoku.
Atitlan
Wulkan Ognia. Coraz buchał popiołem niestety z uwagi na silny wiatr wszystko od razu leciało na boczek.
Atitlan
To po to wspinaliśmy sie tu po ciemku.
Atitlan
Było ciężko i potwornie zimno (największą marudą na wycieczce została Sława), ale widok wynagrodził wszystko. Wdrapaliśmy się w końcu na 3976 m n.p.m. Mordy jeszcze długo nam się uśmiechały.
Atitlan
 Obchodzimy jeszcze krater...
Atitlan
... z każdej strony.
Atitlan
Jeszcze jeden rzut oka na Fuego i...
Atitlan
... zamaskowani turyści z Bolandy powoli ruszają na dół.
Atitlan
Dopiero na cieniu widać, że wulkan ma idealny stożkowy kształt.
Atitlan
W kraterze można też sobie zanocować.
Atitlan
 Na wulkanie Acatenango.
Atitlan
Po grząskim żużlu ruszamy w dół.
Atitlan
Widoki w drodze powrotnej też piękne.
Atitlan
Wulkan Wody
Atitlan
 Drzewa dopadła jakaś choroba. Dorwały się do nich miejscowe korniki.
Atitlan
 Wróciliśmy do Antigua.
Atitlan
 Tylko chwilę nas nie było, a tu rozróba. Popisowa akcja policji. Z lokalu wyprowadzono skutego rzezimieszka. Nie wiemy co przeskrobał, ale chyba coś poważniejszego niż odmowa zapłaty za piwo.
Atitlan
Przez tyle kilometrów Negro wiózł tyłek Cristobala i czasami Sławy.
Atitlan
 Płacz i zgrzytanie zębami. Nie chcemy się rozstawać.
Atitlan
 A tu dzięki skomplikowanym matematycznym rachunkom można policzyć przez ile kilometrów Negro wiózł nas oboje. Z takim wynikiem zakończył przygodę Rojo.
Atitlan
 Jeszcze ostatnia kawka i ciasteczko w naszej ulubionej piekarni.
Atitlan
 Trochę jeszcze pozwiedzaliśmy przed wyjazdem.
Atitlan
 Antigua skrywa wiele tajemnic.
Atitlan
 Antigua
Atitlan
W naszym hostelowym ogródku.
Atitlan
 Z wizytą w ekskluzywnym hotelu.
Atitlan
Hotel Museo Casa Santo Domingo 
Atitlan
 Hotel Museo Casa Santo Domingo
Atitlan
 Hotel Museo Casa Santo Domingo
Atitlan
Hotel Museo Casa Santo Domingo 
Atitlan
 Papuga joginka. Dla oklasków robiła fikołki.
Atitlan
 Te okazu już mniej zwariowane.
Atitlan
 Hotel Museo Casa Santo Domingo
Atitlan
 W ruinach katedry można przyrzec sobie różne rzeczy, że aż do śmierci itd.
Atitlan
 Hotel Museo Casa Santo Domingo
Atitlan
 Antigua
Atitlan
 W domu Carlosa. Ruszamy do stolicy załatwić formalności.
Atitlan
Rojo i Negro już tu zostaną. Carlos jeszcze nie został właścicielem, a już się ogłosił, że sprzeda. Co więcej okazało się, że bez papierów jeździł sobie po mieście. 
Atitlan
 A oto i tymczasowy właściciel naszych maszyn. Do tej pory nie wiemy kto je ostatecznie kupił.
Atitlan
 Z właścicielką Hostelu El Viajero. Bardzo fajnie nam się tu mieszkało przez prawie dwa tygodnie.
Atitlan
Na otarcie łez - za tyle opchnęliśmy Rojo i Negro.
Atitlan
 Nie ma co płakać. Opijamy sprzedaż. To jednak jeszcze nie koniec. W ostatnich tygodniach wycieczki zamienimy się w plecakowców. To dopiero trudna przemiana.
 

Garść praktyczna:

> La Soledad - Wulkan Acatenango z przewodnikiem i noclegiem 200 QZL /2 os.;

> San Marcos - pokój dwuosobowy do wspólnej łazienki 100 QZL.

 

wroc1 wzor dalej1

16-20 luty 2015 roku (921-925 dzień)

... czyli szukając nowego domku dla rumaków znajdujemy swoje miejsce na ziemi

Antigua

Przez Amerykę Środkową mkniemy dość szybko. Nadszedł jednak czas, żeby przystanąć. Cel tego przystanku dość jednak smutny bo pora sprzedać motory. Żeby jednak umilić sobie to co niemiłe wybieramy całkiem przyjemne miasteczko Antigua. Często dostajemy pytanie czy było na drodze takie miejsce gdzie chcielibyśmy zamieszkać. Nie wiemy czy to dlatego, że w Antigua zostaliśmy dość długo, czy że łączy w sobie elementy europejskie ze swojskim gwatemalskim folklorem, ale jakoś podpasował nam tutejszy klimat. W ogóle Gwatemala nam się podoba. Można by ją nazwać Boliwią Ameryki Środkowej. Jest trochę ubranych oryginalnie Indianek, są targi ze swojskim jadełkiem. Do tego aura w naszym guście. Mimo smutnej misji do wykonania trochę tu odżywamy bo ostatnio jakoś mało nas zachwycało. Szybciutko znajdujemy też piekarnię z dobrą kawą (tym razem lokalną) i pod koniec pobytu to już nawet wiedzieliśmy, która pani lepiej parzy, a panie uśmiechały się na nasz widok.

Antigua wydawała się idealnym miejscem na sprzedaż motorów. Wielu turystów przyjeżdża tu uczyć się hiszpańskiego. Poza tym często od Gwatemali zaczynają dalszą podróż na południe. Ufni w sukces rozwieszamy ogłoszenia w hostelach, knajpach i szkołach językowych. Robota dość łatwa, bo miasto to regularna szachownica. Jednego dnia obskakujemy je wzdłuż, a kolejnego wszerz. Cisza. Nikt nie dzwoni. Ludzie jednak bardzo pomocni. W wypożyczalni motorów oferują pomoc w poszukiwaniu chętnych turystów, nawet konkurencyjne ogłoszenie pozwalają powiesić. W celach orientacyjnych zaglądamy do handlarza używanymi motorami. Chętny jest, ale daje za mało. Gwatemalczycy, żeby zarejestrować motor muszą niestety zapłacić cło i trochę się pogimnastykować z urzędami. Handlarz dodatkowo musi jeszcze na nich zarobić. Przyklejamy jeszcze ogłoszenia na motory i zaczynają się telefony i zatrzymywanie na ulicy. Chętnych jest wielu, ale niestety nie turystów. Powoli oswajamy się z myślą, że nie zrobimy interesu życia, ale nie poddamy się bez walki. Naszym rumakom należy się godny właściciel. W końcu się zmęczyliśmy. Przypomniało nam się jak męczący jest ciągle dzwoniący telefon, który trzeba wszędzie ze sobą ciągać. Pakujemy manatki i robimy sobie długi weekend za miastem.

wroc1 wzor dalej1
Antigua
 Przywitał nas wybuch! Oj chyba musimy go pewnego dnia zobaczyć z bliska :)
Antigua
 Pozostałości po trzęsieniu ziemi. W 1773 roku w wyniku tej katastrofy została zniszczona duża część miasta.
Antigua
 Plaza Mayor - warto zerknąć na oryginalną fontannę.
Antigua
 Gdzieś przy dworcu autobusowym.
Antigua
 Pierwszego dnia było trochę dymu w pobliżu ale niebo było bezchmurne. W oddali Volcán de Agua ("wulkan wody", wysokość 3766 m n.p.m.)
Antigua
 Nocą przy ratuszu.
Antigua
 Ogromne instalacje czekają na drogę krzyżową.
Antigua
 A na targu świętowanie zakończenia karnawału. Było tarzanie się w mące...
Antigua
 ... po uprzednim nabiciu jajka na głowę!
Antigua
W naszym uroczym apartamencie urządziliśmy sobie biuro infolinii sprzedaży rumaków. Telemarketer przy pracy: "Motor tanio puszczę, moootor!".
Antigua
 To kolejne miejsce na naszej trasie z listy światowego dziedzictwa UNESCO (1979 rok).
Antigua
W XVI wieku konkwistadorzy nadali miastu nazwę La Muy Noble y Muy Leal Ciudad de Santiago de los Caballeros de Guatemala, czyli "Najbardziej Zaszczytne i Najwierniejsze Miasto Świętego Jakuba od Rycerzy Gwatemali". 
Antigua
 Klimat idealny - wysokość około 1600 m n.p.m.
Antigua
 Gdzieś tu w pobliżu jest szpital.
Antigua
 Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Was nie zdradzi!
Antigua
 Druty kaktusowe
Antigua
 Takie widoki lubię najbardziej!
Antigua
 Nie ładnie tak się zasłaniać przed zdjęciem.
Antigua
Tuż przed trzęsieniem ziemi miasto zamieszkiwało blisko 60 tysięcy osób.
Antigua
 Na jednym z placów.
Antigua
Antigua
Antigua
 Tanque La Unión
Antigua
 Co za oferta! Nie wahaliśmy się nawet sekundy.
Antigua
Można tu znaleźć charakterystyczny dla miast kolonialnych układ ulic - szachownica.
Antigua
 Plaza Mayor
Antigua
 Kolejny zniszczony kościół.
Antigua
 Antigua
Antigua
 Znak rozpoznawczy miasteczka - Arco del Antiguo Convento.
Antigua
 Kserujemy ogłoszenia.
Antigua
 Iglesia La Merced
Antigua
 W sklepie z pamiątkami
Antigua
 W sklepie z pamiątkami
Antigua
 W sklepie z pamiątkami
Antigua
 A na co ten płyn?
Antigua
 A na to!
Antigua
 Wulkan Wody z punktu widokowego La Cruz.
Antigua
 W okolicznej wiosce testujemy nowe słodkości.
Antigua
 Kościół w Santa Catarina Bobadilla
Antigua
 Tradycyjnie przystrojone ołtarze.
Antigua
 Znowu coś na ząb! Churros i chipsowe banany.
Antigua
 FBI wyczuło niedozwoloną zawartość cukru.
Antigua
 W pobliżu Antigua
Antigua
 Czas przycupnąć - Plazuela San Juan del Obispo
Antigua
 W fabryce czekolady - trochę nas Marta W. nakręciła na fondue :)
Antigua
 Klasztor przy kościele San Juan Apóstol
Antigua
 Klasztor przy kościele San Juan Apóstol
Antigua
 Oj było po co się zatrzymywać. Kościół wrośnięty w las.
Antigua
 Czyżby to były nakładki na sedes?
Antigua
 Nasi tu byli!
Antigua
 Taka miniaturka pojedzie razem z nami.
Antigua
 Przy kościele La Merced
Antigua
 Antigua nocą. Dawno nie czuliśmy się tak bezpiecznie jak tu.
Antigua
 Koncerty po zmroku.
Antigua
 No i naturalnie czas na wyżerkę!
 

Garść praktyczna:

> Hostel El Viajero - 100 QZL 2os./do wspólnej łazienki/wi-fi/kuchnia.

 

wroc1 wzor dalej1

Ostatnio dodane:

Tu jesteśmy

Showcases

Background Image

Header Color

:

Content Color

:

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd