Witamy na naszej stronie!

Zapraszamy do oglądania i czytania pocztówek wysyłanych przez nas z różnych zakątków świata.

Nowy refluks >>> Rok po powrocie

>>> MAPA <<< >>> KALENDARZ <<<

 Po 961 dniach zakończyła się nasza podróż dookoła świata. 

 

Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

Ostatni filmik: 24 > Ekwador, Kolumbia, Wenezuela

 

 

 

Mapa

Zaczęliśmy od odwiedzin znajomych w Finlandii, później była Rosja, Mongolia, Chiny, Indie..., Australia, Nowa Zelandia i Ameryka Południowa, Środkowa i Północna. Obecnie można nas spotkać gdzieś w Warszawie. Zobacz naszą trasę >>>

'Wprawki'

Nasze wspólne podróżowanie zaczęło się od Rumunii. Później była Turcja, Syria i Jordania oraz podróż poślubna na Kretę. Jak chcesz zobaczyć co tam porabialiśmy to zajrzyj tu  »»»

Filmiki

Czasami coś nakręcimy i zmontujemy. Jak dotychczas sylwestrowy hit "Ona tańczy dla mnie" podobał się najbardziej. Oczywiście w podróży 'zawsze' jest problem z wolnym czasem, więc teledyski pojawiają się z lekkim opóźnieniem. Filmiki umieszczamy na You Tube, a linki można znaleźć tu »»»

Księga Gości

Czytanie komentarzy pod zdjęciami i wpisów w księdze gości sprawia nam ogromną frajdę, więc nie krępujcie się! »»»

O nas

Oto co o sobie myślimy, a raczej myśleliśmy, jeszcze przed opuszczeniem ojczyzny i rozpoczęciem naszej podróży dookoła świata. Żona o mężu i mąż o żonie »»»

Kontakt

Wróciliśmy do Warszawy.
  • tel.: +48608853724

wzor

   
10-12 wrzesień 2012 (33-35 dzień)  001

 021  13-16 wrzesień 2012 (36-39 dzień)

 17-25 wrzesień 2012 (40-48 dzień)  065khovsgol

118  26 wrzesień – 8 październik 2012 (49-61 dzień)
   
wroc1 wzor Dalej

26 wrzesień – 8 październik 2012 (49-61 dzień)

118

   Kierowca, o dziwo, nie spóźnił się, za to my zaskoczeni jego punktualnością w pośpiechu zbieraliśmy bagaże z hostelu. Obietnica, że szofer mówi trochę po angielsku i że się dogadamy okazała się trochę na wyrost. Togo, poza „thank you”, nie znał ani słowa po angielsku. Szybko jednak ustaliliśmy skuteczny sposób komunikacji, a wyglądało to mniej więcej tak:

„Togo, delgur” (czyli chcemy do sklepu)

„Togo, uus” (czyli, że woda się kończy i trzeba gdzieś nabrać nowej)

„Togo, dżorlog” (chcemy rozprostować kości, zrobić siku, zdjęcie, czyli generalnie wyjść z samochodu)

    Na pytanie ile nam zajmie dojazd w jakieś miejsce, Togo spoglądał z zamyśloną miną na słońce i pokazywał, że jak słońce przejdzie stąd… tam... Z każdym dniem coraz lepiej się rozumieliśmy, a Togo zdaje się, że coraz bardziej rozsmakowywał się w naszych obozowych gulaszach i spaghetti tuńczykowo-pomidorowym.  

  Plan wycieczki przewidywał nie tylko Gobi, ale również co ciekawsze miejsca w centralnej Mongolii. Na nocleg zatrzymywaliśmy się przeważnie w bezdrzewnych obszarach, ale i tak trzy razy udało nam się rozpalić ognisko, w tym raz dogrzewaliśmy się żarem z wielbłądzich kup. Pierwszy nocleg okazał się niestety dość kosztowny. Chłopcy z naszej polsko-szwajcarsko-francuskiej brygady trochę rozpędzili się w zbieraniu suchych gałęzi i uznali, że drzewka, które tam rosną są już martwe, więc można je wyrwać i spalić w ognisku. Nie zdążyliśmy nawet rozpalić, kiedy podjechał do nas strażnik parku (w tym miejscu co prawda parku nie było, ale strażnik jak najbardziej), wylegitymował się i zaczął oglądać to co udało się już nazbierać. Na początku nie przejęliśmy się za bardzo, szczególnie, że nie rozumieliśmy czego do końca dotyczy zarzut, czy że drzewo nie takie, czy też w ogóle ognia nie można palić. Zaczęliśmy się przejmować kiedy strażnik na piasku napisał 300.000 tugrików (około 750 zł) i zaczęło do nas docierać, że nie ujdzie nam to na sucho. Po długich negocjacjach, telefonie do właścicielki hostelu, która załatwiła nam kierowcę, udało się zmniejszyć karę o połowę, a potem jeszcze o 50.000. Strażnik, a jakże, wypisał mandat w dwóch egzemplarzach, po czym zjadł z nami kolację, posiedział przy ognisku z tego zakazanego drewna oczywiście, a nad ranem skontrolował nas raz jeszcze i załapał się na śniadanie. Po tej przygodzie dość nieufnie patrzyliśmy na zbliżające się do obozowiska postaci, a tak się złożyło, że za każdym razem, gdy paliliśmy ognisko, nad ranem zjawiał się jakiś niezapowiedziany gość. Profilaktycznie, w ramach ocieplania stosunków z tubylcami, nie czekając nawet na potwierdzenie czy to strażnik czy inny diabeł, wciskaliśmy przybyszowi kanapkę i kubek z herbatą (no przecież to nie łapówka, tylko zwykła gościnność). Nasze obawy okazały się jednak bezpodstawne. Pierwszy z gości posiliwszy się rozłożył kramik z suwenirami, a kolejny pogadał chwilę z naszym kierowcą, popatrzył na dogasający ogień i odjechał na swym rumaku w siną dal.

    Osiem nocy spędzonych pod namiotami dało nam trochę w kość. Tym razem do babciowych kalesonów dorzuciliśmy jeszcze skarpety z wielbłądziej wełny. Grzały dobrze, ale nocny pustynny chłodek nie poddawał się tak łatwo i lekka trzęsawka przerywała nam błogi sen. Wszystko jednak da się wytrzymać, szczególnie, że brak prysznica przez całą wycieczkę zapewnił dodatkową warstwę izolacyjną. Pozwolicie jednak, że pominę szczegóły...

   I znowu wróciliśmy do Ułan Bator. Przydałoby się kilka dni wytchnienia od pięknych widoków, ale kończy nam się wiza i trzeba ruszać do Chin. 

wroc1 wzor dalej1

 

 

119 
Coraz smaczniejsze mongolskie specjały. Tu chuuszuur (ciasto z drobno krojonym mięsem - smażone na głębokim tłuszczu), sałatka ziemniaczana oraz sutaj czaj.
 
 Na targu jak to na targu mydło i powidło. Już wiemy gdzie się podziali wszyscy kupcy ze "Stadionu X-lecia".
 
Wszystko "very old maj friend".
 
 Świńskie ryje i Andri
 
 Ulubione orzeszki Mongołów
 
 Ruszamy w trasę: od lewej poza nami oczywiście - Andri, Joel, Togo, Gwendal, Konrad, Charlene.
 
Księżniczka w UAZ-owej karecie.
 
 Gdzieś w drodze...
 
 i gdzieś na drodze.
 
 Baga Gazryn Chuluu
 
 Baga Gazryn Chuluu
 
 Baga Gazryn Chuluu - tam w dole mieliśmy pierwszy obóz.
 
 Baga Gazryn Chuluu
 
 Baga Gazryn Chuluu
Obóz nr 1 - Baga Gazryn Chuluu
 
Wojownik czy człowiek w potrzebie?! Mandalgovi
 
 Rozmowa telefonicza - to już bardziej zaawansowana technologia niż komórki. Nowa era nadchodzi.
 
 O swego rumaka trzeba dbać i już!
 
 Sława zdrowo przyp...!
 
 Czas na siusiu w towarzystwie.
 
 Lekcja anatomii w stepie na napotkanym kręgosłupie.
 
 Jeść!
 
 Ulaan Suvraga
 
 Ulaan Suvraga
 
Ulaan Suvraga
 
 Ulaan Suvraga
 
 Ulaan Suvraga
 Obóz nr 2 - Ulaan Suvraga
 
 Mongolscy kosmonauci - zmiana warty o wschodzie słońca.
 
 Ulaan Suvraga
 
 Ulaan Suvraga
 
 Yolyn Am
 
 Yolyn Am
 
 Yolyn Am
 
 Yolyn Am
 
Yolyn Am - orły mają co jeść w tej dolinie.
 
 Yolyn Am - wieczna zmarzlina.
 
Orla dieta - szczeczuszka gobijska. Pełno tych gryzoni, a latają pod nogami jak opętane.
 
 Yolyn Am
 
 Yolyn Am
 
 Yolyn Am
 
 Obóz nr 3 - Park Narodowy Gurvan Saikhan
 
 Koniki o poranku
 
 Park Narodowy Gurvan Saikhan
 
 Chyba poszło o wodę. Źródełko w Bayandalai.
 
 Park Narodowy Gurvan Saikhan
 
 Park Narodowy Gurvan Saikhan
 
 Meee!
 
 Beee!
 
 Khongoryn Els
 
 Trochę pustynnej flory...
 i fauny...
 
 i jeszcze jedno dzikie zwierze.
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
Khongoryn Els
 
 Jadźwing jedyny nie zapomniał o bukłaku na pustyni.
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 A to my!
 
 A to nasze ślady!
 
 Khongoryn Els
 
 2 lata po ślubie!
 
 Khongoryn Els
 
 Obóz nr 4 - Khongoryn Els
 
 Khongoryn Els
 
 Wschód księżyca trzeba było trochę przyspieszyć!
 
 W drodze...
 
 ...kamienne kramiki.
 
 Stacja benzynowa w Bulgan.
 
 Bulgan - źródełko.
 
 Bayanzag - Flaming Cliffs
 
 "Dwa piwa proszę" lub "to nasza druga rocznica ślubu".
 
 Bayanzag - tu wykopano najwięcej kości dinozaurów.
 
 Bayanzag
 
 Bayanzag
 
 Bayanzag
 
 Jajo dinozaura - Sława archeologiem roku!
 
 Bayanzag
 
 Bayanzag
 
 Bayanzag
 
 Dostarczyciele opału na rocznicowe ognisko.
 
 Nawet się wystroiła!
 
 Bayanzag
 
 Obóz nr 5 - Bayanzag
 
 Wino musujące podgrzewało atmosferę!(nie można powiedzieć że to szampan bo byli z nami Francuzi)
 
 Wszyscy w kupie przy płonącej kupie.
 
 Ruiny Ongiin Khiid
 
 Obóz nr 6 - w pobliżu Arvaikheer
 
 Orhon Gol
 
 Przeprawa - Andri sprawdził grunt
 
 Tovkhon Khiid - monastyr ukryty w górach.
 
 Tovkhon Khiid
 
 Tovkhon Khiid
 
 Tovkhon Khiid
 
 Park Narodowy Khangai Nuruu
 
 Park Narodowy Khangai Nuruu
 
 Obóz nr 7 -Park Narodowy Khangai Nuruu
 
 Park Narodowy Khangai Nuruu
 
 Park Narodowy Khangai Nuruu
 
 Orhon Gol
 
 W drodze do Karakorum
 
 fot. Konrad
 
Z Andri (fot. Joel)
 
 Karakorum
 
 Karakorum - Erdene Zuu Khiid
 
 Żółw (wiek XIII) przyjaciel Henia
 
 Jezioro Ogii
 
 Jezioro Ogii
 
 Obóz nr 8 - jezioro Ogii
 
 Rozpędzić towarzycho...
 
 Owczostrada
 
 Powróciliśmy w komplecie :)
Gobijska ekspedycja
 
 Nocne świetlne szaleństwo (fot. Konrad)
wroc1 wzor dalej1

13-16 wrzesień 2012 (36-39 dzień)

021

    Koniec laby, czas wyrwać się z tumanów spalin i zakosztować trochę mongolskiej wsi. Naszym pierwszym celem jest park narodowy Gorkij Terelj. Bliskość stolicy sprawia, że miejsce jest dość popularne wśród turystów, a w weekendy przeżywa inwazję Ułanbatorczyków. Na szczęście nie odbiera mu to uroku i zawsze można wybrać ścieżki, z których mało kto korzysta. Tu właśnie po raz pierwszy zdarzyło nam się przenocować w jurcie (w Mongolii zwanej gerem). Ger był turystyczny, z elektrycznością i niedziałającym telewizorem (znowu jesteśmy do tyłu z „M jak miłość”), więc póki co nie możemy się pochwalić doświadczeniem próbki koczowniczego mongolskiego życia. Nie odebrało nam to jednak frajdy. Napaliliśmy w kozie i poszliśmy spać.

    Prawie z samego rana, tak koło 12, zapakowaliśmy wszystkie rzeczy i wybraliśmy się na mały trekking wzdłuż rzeki. Zgodnie z planem mieliśmy przejść trochę więcej niż połowę trasy, zanocować i rano ruszyć dalej, a gdyby nie było gerów po drodze, wrócić do miejsca wcześniejszego noclegu. Gery na szczęście były, więc przestaliśmy martwić się o nocleg i cieszyliśmy się widokami. Po drodze kilka razy trzeba było przejść przez lodowatą rzekę. Prąd miejscami był dość silny, a dno kamieniste co uniemożliwiało szybką przeprawę. Nie było wyjścia, musiał wkroczyć ciężki sprzęt przeprawowy czyli chiński „Klapek Brodzący” typu Japonek. Sprzęt się sprawdził, rzeka pokonana, idziemy dalej. Pod wieczór zaczęliśmy rozglądać się za jakimś gerem. Konno podjechał do nas młody chłopak, chyba chciał nam coś powiedzieć, może przed czymś ostrzec. W końcu jednak nie powiedział nic i pogalopował z powrotem. My niewzruszeni poszliśmy dalej. Zgodnie z mapą za jakąś godzinkę powinien być camping gerowy. Idziemy, idziemy a tu nic, kolejna górka i dalej nic. W między czasie zrobiło się ciemno, a my bez namiotu, głodno, chłodno i do domu daleko. Może zwinęli się już na zimę? Powoli traciliśmy nadzieję. W końcu, za kolejnym zakrętem na wzniesieniu wyłoniły się gery. Nie wyglądały jak camping, ale wszystko jedno, chyba nie odmówią nam noclegu. Na szczęście nie musieliśmy się o tym przekonywać bo za górką naszym oczom ukazał się rozświetlony obóz z luksusowymi jurtami. Na szczęście było przed weekendem więc za dobrą cenę zakopaliśmy się w cieplutkich i czystych kołderkach i poszliśmy spać.

    Po wycieczce, która w rezultacie okazała się dłuższa niż przewidywaliśmy, na kolejny dzień przewidzieliśmy opcję minimum. Dotarliśmy do głównej drogi i przeraziliśmy się sznurem autobusów i samochodów jadących w stronę parku. Oj, chyba tym razem nie uda nam się wynegocjować dobrej ceny, o ile w ogóle będą mieli miejsca. Kolejne nadciągające autobusy utwierdziły nas w tym przekonaniu, więc daliśmy się porwać miejscowej pani, która zabrała nas do swojego własnego rodzinnego geru. Tutaj zaznaliśmy trochę folkloru, bo tym razem do palenia w kozie nie dostaliśmy drewna ale krowie placki. Chyba działają, bo w tym gerze było nam najcieplej ze wszystkich.

    Na niedzielę został nam do zaliczenia umieszczony w szczerym polu gigantyczny pomnik Czyngis-Chana. Pomnik odhaczony i znowu wracamy do Ułan Bator. Przy okazji sprawdziliśmy też jak działa autostop – miałbyć płatny a nam po trzykroć okazał się darmowy. Oby tak dalej!

wroc1 wzor dalej1

 

 

Terelj
Nasza pierwsza noc w gerze.
Terelj
 Bycza przeprawa przez rzeczkę we wsi Terelj.
Terelj
Nasz apartament w całej okazałości.
Terelj
Ger
Terelj
 A na kolację różne przysmaki. Szkoda tylko, że nie było w telewizji naszego ulubionego serialu: "M jak mdłości".
Terelj
 Nasza gerowska koza.
Terelj
 Czas na "spacerek" po parku. Trasa wyznaczona, czas ruszać. Najpierw wzdłuż rzeczki.
Terelj
 Później trochę po stepie.
Terelj
 Było i towarzystwo.
Terelj
 Trochę się zachmurzyło ale zawsze jest gdzie się schować w razie deszczu.
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
Nawet gdzieś w pobliżu trochę pokropiło.
Terelj
 "Motyla noga - jaka zimna woda!"
Terelj
Brakowało tylko siodeł bo byli chętni żeby się do nas dołączyć.
Terelj
I byśmy jak ten punkcik mknęli dalej przez step...
Terelj
 ... a tymczasem pozostało łapanie okazji lub pozdrawianie tłumów.
Terelj
 Gdzieś w połowie drogi.
Terelj
 Widok na monumentalny pomnik Genghis Khana - jakieś 15 km od nas.
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
 No i gdzie te gery?
Terelj
 Dotarliśmy! Już po ciemku ale udało się! Nie trzeba nocować w wyłomie skalnym.
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
 Obozowisko
Terelj
 Nasz luksusowy ger camp. Nasz - to ten dymiący.
Terelj
 A na kolację i śniadanie piecowe zapiekanki.
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
 W drodze do sklepu. Co by tu kupić?
Terelj
 Stół wielofunkcyjny - zagrać też można.
Terelj
 Ulubiony napój w Mongolii (nie, nie to nie kumys) - w smaku niczym prawdziwa pomarańcza.
Terelj
Park Narodowy Terelj
Terelj
 Jesiennie
Terelj;
 Trzeba przecież jakoś wyglądać w tym stepie.
Terelj
 Żółw niczego sobie. Ze szczególnym pozdrowieniem dla Henia!
Terelj
 Park Narodowy Terelj
Terelj
 Od dźwigania plecaków to i my niedługo tak będziemy wyglądać.
Terelj
 Kolejny ger. Tym razem wynajęty od tubylców. U nas co prawda nie było ani plazmy, ani dvd ale kupami paliliśmy w piecyku wszyscy (czyli równość).
Terelj
 Zachód słońca zza pagórka.
Terelj
 Wychodek z widokiem. Na ten widok był całkiem otwarty!
mong tereji
Plan naszej wędrówki.
Terelj
 Monumentalny Genghis Khan.
Terelj;
 Tym razem bez Jadźwinga ale za to z wodzem.
Terelj
 Genghis Khan
Terelj
Genghis Khan - 40m wysokości (Statua Wolności - 46m)
wroc1 wzor dalej1

 

 


17-25 wrzesień 2012 (40-48 dzień)

065khovsgol

    W końcu postanowiliśmy ruszyć trochę dalej od stolicy i poznać bardziej dzikie rejony Mongolii. Wybór padł na jezioro Khovsgol położone na północy kraju. Mały, ale wypchany po brzegi ludźmi i bagażami autobusik po 19 godzinach wybojów i polnych dróg dotarł do Moron – niezbyt urokliwego miasteczka. Pozostało tylko znaleźć transport to Khatgal, wioski nad samym jeziorem. W autobusie poznaliśmy dwóch chłopaków ze Szwajcarii i uzgodniliśmy, że razem czegoś poszukamy. Transport znalazł się dość szybko. Zadowoleni zasiedliśmy w vanie i ruszamy. Kierowca jeszcze tylko podjechał do swojego domu, a potem jeszcze na targ i znowu do domu i jeszcze na dworzec autobusowy, a potem całą operację powtarzał kilka razy, żeby po 3 godzinach w końcu wyruszyć. Okazuje się, że to jest dość normalny proceder w tym kraju. Publiczny autobus wyjeżdża z dwugodzinnym opóźnieniem. Kierowcy zbierają jeszcze po drodze mnóstwo paczek, gadają ze swoimi ziomkami, a biedni pasażerowie muszą znosić to wszystko i cieszyć się, że w ogóle dostali bilet na autobus.

    Ponieważ Joel i Andri mieli plany podobne do naszych, czyli ruszyć wschodnią, mniej zaludnioną stroną jeziora stwierdziliśmy, że w takim razie idziemy razem. Jezioro Khovsgol jest naprawdę piękne, z czystą przezroczystą wodą, którą można pić. Miejscowi nazywają je „niebieską perłą Mongolii” i faktycznie ta piękna nazwa pasuje do tego miejsca.

    Pierwszego dnia nie zdążyliśmy przejść nawet kilku kilometrów, gdy młoda dziewczyna zaprosiła nas na jogurt z mleka jaka. Może nie wyglądał zbyt smakowicie, ale był naprawdę pyszny. Na początku dość nieśmiało włożyliśmy sobie po odrobinie, ale nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie dołożyć sobie jeszcze trochę. Codziennie maszerowaliśmy kilka godzin, nie przemęczając się jednak zbytnio i jak tylko znajdowaliśmy fajne miejsce rozbijaliśmy namioty i gotowaliśmy na ognisku ziemniaczano-marchewkowo-konserwowy gulasz. Noce niestety są już dość chłodne i każdego dnia dokładaliśmy kolejną warstwę ubrań, żeby przetrwać. Ostatecznie 3 pary skarpetek i onucki z ręczników okazały się wystarczające. Dodatkowo na ułanbatorskim stadionie kupiliśmy sobie po parze babciowo-dziadkowych ocieplanych kalesonów. Chociaż nie twarzowe, grzały jak trzeba! W ciągu dnia za to słońce prażyło i można było się poopalać i wykąpać w jeziorze, chociaż woda była tylko trochę cieplejsza niż w Bajkale. Sielanka jednak niedługo miała się skończyć. Przez trzy dni wędrówki nie widzieliśmy żywej (ludzkiej) duszy aż w końcu dotarliśmy do bardziej turystycznego zakątka. Okazało się, że w gerach nie można już nocować, ale możemy spać w domku. Bardziej dla zasady poszliśmy obejrzeć domek bo już z daleka wydały nam się dość luksusowe, ale okazało się, że cena jest śmiesznie niska i jeszcze na powitanie dostaliśmy ciepły chleb ze świeżym masłem od gospodyni. Powiem tylko, że zbyt długo ten chleb nie przetrwał, a my nie zastanawialiśmy się czy chcemy spać w namiocie czy pod solidniejszym dachem. W końcu nadszedł dzień powrotu. Rozleniwieni po dwóch dniach leżakowania, chcieliśmy wrócić samochodem, ale kierowca znacznie przesadził z ceną, więc pozostało nam ruszyć na piechotę. Trzeba było tylko znaleźć drogę, która od jeziora dochodzi do drogi głównej. Jakież było nasze zdziwienie rano, kiedy okazało się, że na zewnątrz jest zupełnie biało, chmury zasłaniają wszystko i cały czas ostro pada śnieg. W Mongolii taka pogoda oznacza jeszcze jedno – nie widać gdzie jest droga. Gospodyni pokazała nam mniej więcej kierunek i po jakimś czasie natrafiliśmy na ślady samochodu. Szliśmy żwawo, żeby dojść do głównej drogi zanim śnieg zasypie i tak już słabo widoczne koleiny, kiedy ślady nagle się skończyły. Pozostało nam iść wzdłuż linii energetycznej. Trochę niepewni i zniechęceni szliśmy dalej, aż z naprzeciwka nadjechał samochód. Na migi dogadaliśmy się, że jechał z Khatgal i po jego śladach dojdziemy do wioski. Po jakiś 15 kilometrach udało nam się też złapać samochód do samego Moron, co nasze mokre nogi i obolałe od plecaków plecy przyjęły z ulgą.

    To jednak nie koniec przygód na ten dzień. Nawet nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu w Moron, kiedy dopadli nas miejscowi, zaczęli wyrywać plecaki, wykręcać Krzyśkowi rękę, a to wszystko po to, żebyśmy nie zauważyli, ze za rogiem stoi autobus do Ułan Bator i pojechali prywatnym samochodem. Nie mogliśmy się od nich odgonić i nawet jak odeszliśmy na bok z kierowcą, żeby mu zapłacić, cała banda podążyła za nami. Odczepili się dopiero, gdy nie zważając na nich ruszyliśmy do autobusu. Autobus, choć publiczny, też rządził się własnymi prawami. Pani w kasie przyjęła od nas pieniądze i zaczęła wypisywać bilety. Za chwilę jednak pojawił się kierowca, powiedział coś do niej, na co kasjerka wręczyła mu naszą kasę i powiedziała, że biletów nie ma. Jak to nie ma? Ledwo zdążyliśmy wyrwać mu banknoty. Okazało się, że niby nie ma, ale możemy wsiadać do autobusu. No cóż, trzeba ze sobą dobrze żyć. Pani z kasy pewnie też coś skapnęło z wziętych na lewo przez kierowcę pieniędzy. Pomimo trudności i niezbyt przyjemnych kierowców i tak byliśmy szczęśliwi, że w ostatnim momencie udało nam się załapać na autobus do Ułan Bator. Noc w tym dziwnym mieście nie była zbyt przyjemną perspektywą. Noc w autobusie również nie należała do łatwych. Kierowca na cały regulator puszczał mongolskie hity na zmianę z Backstreet Boys i Mariah Carey. Zalany Mongoł wydzierał się usiłując śpiewać do tych hitów, a całkiem trzeźwy współpasażer, chyba ćwiczył do karaoke bo odśpiewał każdy mongolski kawałek. Jeszcze tylko guma po drodze i po 17 godzinach dotarliśmy do Ułan Bator. Trochę odsapnęliśmy i wzięliśmy się za organizowanie wyjazdu na Gobi. Ruszamy w piątek z samego rana, no chyba, że kierowca mongolskim zwyczajem przyjedzie 2 godziny później…

wroc1 wzor dalej1

 

 

Jezioro Khovsgol

Nad jezioro Khovsgol przybyła szwajcarsko-polska ekipa. Czas na śniadanie na mostku.

067

 Uciekająca woda z jeziora (Eg Gol) .

068

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

069

 Pierwsza kolacja - gulasz w wykonaniu Joel'a i Andri.

070

 Pierwszy obóz w pobliżu Khatgal.

071

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Jogurt z mleka jaka - na poczęstkunek zostaliśmy zaproszeni przez młodą Mongołkę. Nie wygląda może apetycznie ale w rzeczywistości był pyszny.

Jeziroo Khovsgol

 Małe jaki to takie owłosione duże krowy... a rodzice w pracy produkują mleko na jogurt.

Jeziroo Khovsgol

 W poszukiwaniu miejsca na kolejny obóz.

Jeziroo Khovsgol

Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Obóz nr 2

Jeziroo Khovsgol

Zapada noc i robi się zimno.

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Ktoś tędy jednak przechodził. Ten 'kamienny zwyczaj' można spotkać pewnie na całym świecie.

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Obóz nr 3 - spędziliśmy tu więcej czasu. Była kąpiel, pranko, opalanie i oczywiście gotowanie.

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Codziennie grzaliśmy się do późnych godzin. Nikt nie spieszył się do zimnego namiotu.

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Trochę luksusu na leżakach.

Jeziroo Khovsgol

 Pyszne świeże masełko od mongolskiej rodziny.

Jeziroo Khovsgol

 Gulasz gotowy!

Jeziroo Khovsgol

Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Widok na ośnieżone szczyty (Ikh Uul - 2961 m n.p.m.)

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

Z cyklu "Wiewióry Świata": czas na mongolskiego zwierzaka.

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Park Narodowy Jezioro Khovsgol

Jeziroo Khovsgol

 Ostatniego dnia nad ranem mieliśmy małą niespodziankę...

Jeziroo Khovsgol

 Na początku była radość...

Jeziroo Khovsgol

 Później lekki niepokój. Widoczność była znacznie ograniczona.

Jeziroo Khovsgol

 Ale gdy dotarliśmy do głównej drogi uśmiechy wróciły.

Jeziroo Khovsgol

 Przed dalszą drogą przydały się ćwiczenia gimnastyczne.

mong khovsgo

Spacer wzdłuż wschodniego brzegu jeziora.

Jeziroo Khovsgol

 No i tyle jeśli chodzi o zimową aurę. Czas na powrót do Ułan Bator. Tuż przed stolicą pękła opona.

Jeziroo Khovsgol

 A tak wygląda prawdziwy mongolski step.

Jeziroo Khovsgol

 Jedna z nielicznych asfaltowych dróg.

Jeziroo Khovsgol

 Mongolskie krajobrazy

wroc1 wzor dalej1

 

10-12 wrzesień 2012 (33-35 dzień)

001

 

    Ułan Bator przywitało nas gigantycznym korkiem i smogiem. Miasto ma całkiem przyjemne centrum, ale już poza głównymi ulicami jest potwornie tłoczono i nie da się oddychać bo w powietrzu jest mnóstwo kurzu i spalin. Takich korków jeszcze nie widzieliśmy. Nie ma tu zbyt wielu rzeczy do zobaczenia, ale potrzebowaliśmy krótkiego przystanku przed dalszą podróżą i w końcu zostaliśmy na trzy dni. Na szczęście trafiliśmy do przyjemnego hostelu z fajną atmosferą i pomocną właścicielką, która nie czyha na turystyczną kasę i nie obraża się jeśli nie zamawia się za jej pośrednictwem wycieczek (słyszeliśmy o hostelach, w których niewykupienie wycieczki skutkowało wyrzuceniem z hostelu). Dodatkowo mieliśmy problemy z wizą do Chin i jeszcze raz będziemy musieli wrócić do ambasady.

    Mieliśmy natomiast już okazję zakosztować mongolskiego specjału czyli kumysu. Mąż szefowej hostelu przyszedł pewnego wieczora z wielkim baniakiem i częstował pełnymi szklankami trunku. No cóż, smakuje jak rozwodnione zsiadłe mleko albo jakaś serwatka. Da się wypić ale chyba nie będzie to nasz ulubiony napój. Kuchnia mongolska też raczej nie stanie się naszą faworytką. Same potrawy byłyby nawet smaczne, gdyby nie wszechobecna baranina. To jest chyba smak, który albo lubisz albo nie, nie ma stanów pośrednich. W sklepach również nie ma oszałamiającego wyboru produktów, ale spora część z nich to nasze rodzime firmy. Jeśli ktoś jest stęskniony polskości to może zakupić kompocik ze śliwek, ogóreczki konserwowe i bakalie. Na opakowaniach wszystko po polsku, więc Mongołowie chyba jedynie po zawartości słoików decydują się na zakup. 

wroc1 wzor dalej1

 

 

002

Siedziba rządu nocą

Ułan Bator

Na placu Suhbaatar - widok na Blue Sky Tower

Ułan Bator

Potężny pomnik Chinggis Khaana przy siedzibie rządu.

Ułan Bator

Na wystawie w siedzibie rządu.

Ułan Bator

Na placu Suhbaatar

Ułan Bator

Na placu Suhbaatar

Ułan Bator

Można spotkać ludzi ubranych w tradycyjne stroje ale nie jest to w Ułan Bator częsty widok.

Ułan Bator

Makabryczne korki, smog, najeżdżające na przechodniów samochody... Ciężko się poruszać po stolicy Mongolii. Na nic ubrani w niebieskie kamizelki "wspomagacze" świateł.

Ułan Bator

Z wizytą w kompleksie świątynnym Gandan

Ułan Bator

Młynków modlitetwnych są tu tysiące (Gandan) - każdy wierzący musi zakręcić każdym młynkiem, kierunek zgodny z ruchem słońca.

Ułan Bator

Gandan - przed świątynią Megjid Janraysig

Ułan Bator

Ogromna Avalokitesvara - 26,5 wysokości (świątynią Megjid Janraysig)

Ułan Bator

Zimowy Pałac Bogd Khaana

Ułan Bator

Zimowy Pałac Bogd Khaana

Ułan Bator

Typowe zabudowania obrzeży Ułan Bator. Obok nowo zbudowanych lub powstających dopiero bloków można spotkać gery (inaczej: jurty)

Ułan Bator

Pomniki Burhan Buddha (po prawej, 16 m wysokości) i Zaysan tolgoy (na wzgórzu po lewej)

Ułan Bator

Zaysan tolgoy - widok na miasto

Ułan Bator

Zaysan tolgoy - pomnik przyjaźni radziecko-mongolskiej.

Ułan Bator

W Mongolii można spotkać wielu dyrygentów ubranych w stroje policjantów.

wroc1 wzor dalej1

 

Ostatnio dodane:

Tu jesteśmy

Showcases

Background Image

Header Color

:

Content Color

:

DMC Firewall is a Joomla Security extension!