czol1050c

9-18 listopad 2012 roku (93-102 dzień)

001

 

    Jak zakosztować trochę Tybetu bez wjeżdżania do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego (TRA) i związanych z tym pozwoleń i zorganizowanych wycieczek? Podobno wioski w Zachodnim Syczuanie bywają bardziej tybetańskie niż te w TRA, bo historycznie i geograficznie to również Tybet, a chińskie macki trochę rozluźniają swój uścisk w tym miejscu. Postanowione, jedziemy. Droga budzi skrajne emocje. Prowadzi wąwozem, w dole którego płynie rzeka. Widoki oszałamiają. Jest tylko mały zgrzyt. Ten piękny wąwóz jest ogromnym placem budowy. Wszędzie ciężarówki, robotnicy. Wiercą kolejne tunele i na wąskich skrawkach płaskiego terenu pomiędzy zboczami a rzeką, na wysokości nawet 2000 metrów budują kilkunastopiętrowe bloki, jeden przy drugim. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zaczyna się inwazja. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że robią takie nakłady tylko po to, żeby Kowalskiemu z Chengdu lepiej dojeżdżało się do Malinowskiego w Danbie. Może nie mam racji, ale wygląda to na przygotowywanie gigantycznej infrastruktury, żeby dobrać się do złóż w Tybecie. Tunele to zresztą osobny temat. Góry są nimi podziurawione. Wwiercają się po prostu do wnętrza tam gdzie im pasuje i tak przez kilka (nawet 10) kilometrów. Tunel to tunel, w Europie też ich nie brakuje, ale skrzyżowanie w tunelu?

     Pierwsza na naszej drodze jest Danba – miasteczko przyklejone do górskich zboczy tuż nad rwącą w tym miejscu rzeką. Nieopodal znajduje się tybetańska wioska JiaJu, ochrzczona najpiękniejszą w Chinach. To chyba jeszcze nie ten klimat, o który nam chodzi. Do wioski są bilety wstępu, na każdym domu powiewa chińska flaga, a mieszkańcy mówią po chińsku „ni hao”. Taki trochę Tybet dla turystów, takie przynajmniej mamy wrażenie. Nie zmienia to faktu, że wioska faktycznie jest urocza. Kamienne domy rozsypane są na stromym zboczu i żółcą się kukurydzianymi dachami. Jeszcze większe wrażenie robią na nas domy położone po drugiej stronie wąwozu, wyżej niż JiaJu. Nie możemy dopatrzeć się żadnej drogi. Są chyba jakieś ścieżki wyżłobione w skale, ale ciągle zastanawiamy się czy nadal ktoś tam mieszka i co skłoniło go do życia w tak niedostępnych warunkach.
    Bilet do Ganzi dostajemy dopiero na poniedziałek więc mamy całą niedzielę, żeby pobuszować po okolicach. Kilka kilometrów od Danby na stromym zboczu położona jest mała wioska SuoPo usiana kamiennymi wieżami strażniczymi. Wieże mają nawet tysiącletnią historię i miały różne przeznaczenie. Nie ma tu oficjalnych biletów wstępu, ale jeżeli chce się obejrzeć jedną z takich wież od środka trzeba znaleźć właściciela domu, z którego taka wieża wyrasta. W środku są po prostu drewniane pięterka, na które wchodzi się po drabince zrobionej z pnia drzewa. Wygląda to trochę niestabilnie i nasz przewodnik, chociaż sam skacze jak małpka, pozwala nam wejść tylko do pewnej wysokości. Zakaz jest zupełnie niepotrzebny. Drewniane konstrukcje powyżej wyglądają jakby miały nam spaść na głowę. Tylko samobójcy lub uzależnieni od adrenaliny by się tam pchali.

wroc1 wzor dalej1

 

002

Danba to pierwszy nasz przystanek w Syczuanie Zachodnim.

Miasto położone jest w wąwozie na wysokości 1800 m n.p.m.

JiaJu - najpiękniejsza wioska w Chinach. Oczywiście według Chińczyków.

JiaJu

JiaJu

JiaJu

JiaJu

Byliśmy akurat po zbiorach kukurydzy.

JiaJu - w pobliżu stup.

U nas takie wychodki można spotkać w średniowiecznych zamkach, a tu proszę...

JiaJu

Banda samozwańczych przewodników.

JiaJu i pałac sołtysa.

JiaJu

JiaJu

JiaJu, a na przeciwko ekskluzywne osiedle.

SuoPo

Trochę błądziliśmy zanim znaleźliśmy odpowiednią ścieżkę do mostka.

Ups...

Dziewczyny zaniemogły.

Ale po krótkiej drzemce ruszyły dalej.

SuoPo

Wieże strażnicze w SuoPo.

A to budowla, którą udało nam się spenetrować.

A ku ku!

Podglądanie mieszkańców wieży.

Na ostro, czyli chili.

Buddyjska stupa w SuoPo

SuoPo

Widok na ośnieżone szczyty.

wzor 

    Z samego rana ruszamy do Ganzi. Pierwsze kilka godzin drogi przebiega spokojnie, do pierwszego patrolu. Nie jest to dla nas nowość, ale do tej pory wystarczyło spisanie danych z paszportów i pytanie po co jedziemy. Tym razem przetrzymali nas około 40 minut. Najpierw paszporty, standardowy zestaw pytań, a potem kazali nam czekać. Okazało się, że jesteśmy cięższym przypadkiem, no przecież już na pierwszy rzut oka wyglądamy na terrorystów, a przynajmniej wywrotowców z plecakami pełnymi ulotek „Wolny Tybet”. Specjalnie dla nas sprowadzono Panią Z Ministerstwa, a może sołtysa z wioski nieopodal. Nie wiemy, bo nie raczyła się przedstawić. Wypytuje nas o wszystko, o to gdzie jedziemy i po co, skąd jesteśmy, jakie są nasze zawody itd., cały czas z kamienną twarzą.  W ogóle nie reaguje na nasze lizusowskie uśmiechy. W końcu gdzieś dzwoni. Tłumacz, który z nią przyjechał też dzwoni. Wszyscy dzwonią, tylko my czekamy i zaczynamy wierzyć w opowiedzianą nam dzień wcześniej historię, że jakiegoś Japończyka nie wpuścili do Ganzi. Nasza odręczna mapka planu podróży i data wygaśnięcia wizy, chyba przekonują ich, że na nielegalny wjazd do Tybetu albo zorganizowanie zamieszek mamy za mało czasu. Puszczają nas. Odetchnęliśmy z ulgą, by za 20 minut znowu odpowiadać na te same pytania. Z tym patrolem poszło już szybciej. Pani z Ministerstwa najwyraźniej dała cynk.W końcu dojeżdżamy do Ganzi. Pierwsze co rzuca się w oczy to posterunki policji co kilka kroków, a zaraz po nich Tybetańczycy w tradycyjnych strojach. Miasteczko jest dość głośne i pierwszego dnia od razu ruszamy nad jezioro Yihun Lhatso. Najpierw busem do Manigango, a potem stopem na dwa razy. Jezioro jest przepiękne, turkusowe, a po dwóch godzinach spaceru jego brzegiem pojawia się niezapomniany widok na ośnieżone szczyty. Siadamy i się gapimy i nagapić się nie możemy. W drodze powrotnej mamy szczęście i znowu udaje nam się złapać stopa, do samego Ganzi. Kierowca nawet nie chce słyszeć o zapłacie, chociaż to ponad sto kilometrów. Następnego dnia zwiedzamy jeszcze klasztor i po prostu włóczymy się po uliczkach. Próbujemy znaleźć coś tybetańskiego do jedzenia, chociaż nie jest nam łatwo zamówić, bo jak już znajdziemy tybetańską knajpkę to wszyscy jedzą to samo. W końcu pada na brudnoszarą zupę z jaka. Zjadliwa, ale nie oszaleliśmy.

 

W drodze nad jezioro Yihun Lhatso.

Mnich, towarzysz podróży do Menigango.

Ciężarówką z Menigango nad jezioro.

Czekamy na przesiadkę.

... i się doczekaliśmy.

Gościu trochę cwaniakował.

Turkusowe Jezioro Yihun Lhatso.

Jezioro Yihun Lhatso

Jezioro Yihun Lhatso

Jezioro Yihun Lhatso

Gwiazda tańczy na lodzie, lub lód tańczy pod gwiazdą.

Jezioro Yihun Lhatso

Jezioro Yihun Lhatso

Futrzaki

... i futraki przy paśniku.

Mistrzowski 'stop'.

Ciepłe rączki to podstawa - pierwsze przykazananie chińskich jednośladowców.

W Ganzi może się czasami wydawać, że jest więcej policjantów niż mieszkańców.

Policja w pełnej gotowości.

Ganzi

Ganzi położone na wysokości 3394 m n.p.m.

Ganzi

Biała Dagoba w Ganzi

Ganzi

Brudnoszara zupa w tybetańskiej knajpie.

Wizyta u dilera - trochę chińskiej medycyny na bolące gardło.

Uwaga na odpadające kupy.

Ganzi - widok z klasztoru.

Pogawędki z mnichami.

Klasztor w Ganzi - mnisie dysputy.

Klasztor w Ganzi

 wzor

    Do Litang już nie było tak prosto dotrzeć. Bezpośrednich autobusów brak, a minibusy drogie i nie ma chętnych do podziału kosztów. W końcu wybieramy minibusa do Kanding i wysiadamy na skrzyżowaniu z drogą do Litang. Wszystko by się udało, gdyby nie zwyczaje kierowców. Znamy to już z Mongolii. Krążenie po mieście, przystanki bez powodu, pogaduchy po drodze, przesiadka do innego samochodu, a nas trafia szlag. Bo zamiast o 13 na krzyżówce jesteśmy przed 17 i mamy 1,5 godziny słońca. Na drodze pusto, ale w końcu łapiemy busika do Yajiang. Po drodze szczęście w nieszczęściu (cudzym, ale niegroźnym). Ciężarówce wjechało się trochę w skałę i na kilka godzin zatarasowała drogę. Biegamy od kierowcy do kierowcy w kolejce i szukamy transportu do Litang, bo później po ciemku mamy marne szanse złapać cokolwiek. W końcu znajdujemy podwózkę. Chłopak nie jedzie do samego Litang, ale nie chce żadnych pieniędzy, więc opuszczamy naszego opłaconego kierowcę i ruszamy. Miało być tak cudownie, a wyszło jak zawsze. Kierowca, chociaż najmilszy jakiego spotkaliśmy w Chinach, wygrał również ranking na najgorszego szofera świata. Wspomnienia się już trochę zatarły, ale było strasznie. Tak bardzo chcieliśmy dotrzeć tego dnia do Litang, że chyba zgubiliśmy gdzieś zdrowy rozsądek. Wyglądało na to, że facet słabo widział po zmroku i gdyby Krzysiek nie krzyknął „stop” zamiast skręcić ostro w lewo wjechałby w przepaść. Gdy teraz o tym piszemy, a nawet myślimy, to brzmi jak naciąganie faktów, żeby stworzyć historię mrożącą krew w żyłach. Można jednak narobić w portki, gdy na odcinku 30 kilometrów facet ma jeszcze dwie sytuacje wypadkowe - prawie zderza się z wymijaną ciężarówką i wpakował się tuż przed wyprzedzający go samochód. Poza tym z całym impetem wjeżdża na wszystkie nierówności drogi i słabo mu idzie zmiana świateł na krótkie. Mieliśmy dojechać do Litang, a wysiedliśmy w miejscowości, do której miał nas dowieść pierwszy samochód. Zrobiliśmy interes życia, stres gratis. Znaleźliśmy hotel i dopiero emocje opadły. Ten dzień od początku był jakiś pechowy i naładowany złymi emocjami, jakbyśmy sami sobie utrudniali dotarcie do Litang. Ustaliliśmy plan i potem każde z nas zostało z własnymi myślami. Przekonywaliśmy chyba sami siebie, że warto, że pewnie nigdy już nie będziemy mieli okazji zobaczyć tak nietypowego zwyczaju. Jednym słowem, spieszyliśmy się na sky burial, a o mały włos byłby to nasz własny pogrzeb.

    Sky burial można by chyba przetłumaczyć jako podniebny pogrzeb. Jest to dość niezwykła ceremonia pogrzebowa. W dużym uproszczeniu polega ona na tym, że ciało zmarłego ćwiartuje się i pozostawia sępom na pożarcie. Kierowani niezdrową ciekawością chcieliśmy zobaczyć jak się to odbywa i jakoś wypieraliśmy, że przecież chodzi o śmierć, pożegnanie członka czyjejś rodziny. Stało się to atrakcją turystyczną. Od tybetańskiej dziewczyny dowiedzieliśmy się, że w pogrzebie uczestniczą tylko mnisi i mężczyźni z rodziny zmarłego. Dla nich jest to tradycja i naturalny zwyczaj, który ma swoje podłoża praktyczne i religijne. Czym natomiast miałoby to być dla nas?

    W Litang zamiast makabrycznych atrakcji ograniczamy się do spaceru, klasztoru i wizyty na targu. To chyba dla nas lepszy sposób na poznanie tybetańskiej kultury, szczególnie, że Litang to obok Ganzi najbardziej tybetańskie miasto w Syczuanie jakie widzieliśmy.

 

Litang - jedzonko z tybetańską rodzinką w tle.

Klasztor w Litang

Klasztor w Litang

Klasztor w Litang - jedno z najwyżej położonych miast na Świecie (4014 m n.p.m.)

Jaka to kita? To kita jaka!

wzor 

    Opuszczamy Syczuan, ale czeka nas jeszcze jedna długa jazda autobusem. To chyba najbardziej zmęczyło nas w tym rejonie. Stosunkowo niewielkie odległości pokonuje się przez cały dzień w brudnym autobusie, w kurzu i wśród pasażerów, którzy plują pod nogi, a higiena jamy ustnej i empatia to dla nich nazwy odległych wysp. Nie należymy do francuskich piesków, ale tym razem trochę zachwiała się proporcja miedzy przemieszczaniem, a przebywaniem w jednym miejscu na niekorzyść przebywania. Na szczęście widoki przynajmniej w części wynagradzają trudy podroży. Szczególnie droga do Shangri-la zapiera nam dech. Wysokość też trochę dała nam się we znaki. Nic poważnego się nie działo, ale brakowało nam energii i czasami snuliśmy się jak duchy po kolejnych miasteczkach. Za to po jakimś czasie chyba uruchomiła się w końcu nadprodukcja czerwonych krwinek, a z nią przyszła nowa fala energii.

    Do Szangri-la też docieramy na dwie tury. Pierwszego dnia jesteśmy zmuszeni nocować w Xiangcheng. Okazało się, że w miejscowości, o której zdaje się, że nie pisze żaden przewodnik, znaleźliśmy najładniejszy i najbardziej klimatyczny klasztor. Czasem po prostu chyba nie warto na siłę gnać do przodu, bo takie zatrzymania okazują się bardzo miłą niespodzianką. Żeby jeszcze bardziej uprzyjemnić sobie pobyt wieczorem pijemy piwko na tarasie pod gwiazdami. To miłe pożegnanie Syczuanu i świętowanie setnego dnia podróży.

Zwolnij! Śpiący policjant!

Klasztor w Xiangcheng

Klasztor w Xiangcheng

Klasztor w Xiangcheng

Klasztor w Xiangcheng

Xiangcheng - widok z klasztoru.

Xiangcheng

Klasztor wXiangcheng

Xiangcheng

Świętujemy setny dzień naszej podróży (a raczej pierwszy dzień drugiej setki). Agata i Tomek - dzięki za przypomnienie!

W drodze do Shangri-la.

Mapka naszych syczuańskich podróży. Noclegi: Danba - Ganzi - Yaijang - Litang - Xiangcheng.

 

wroc1 wzor dalej1

 

 




Showcases

Background Image

Header Color

:

Content Color

:

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd